Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Pamiętaj mnie

Zarejestruj się

Pola oznaczone (*) są wymagane.
Nazwa użytkownika *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
Administrator

Administrator

Wspomnienia z oliwskiej części Forum Danzig Gdańsk.
Tytuł oryginalny: Das Tiergehege in Freudental. Aus ?Unser Danzig?, Nr.12 vom Dezember 1954

 

Poniżej kilka wyjatków z listów czytelników:

[?] Wspaniałe było to, że kiedy jechaliśmy z rodzicami, w niedzielę, na wiosnę, lato czy jesień, linią nr 2 z Wrzeszcza do ul. Abrahama i następnie przy zakładzie wodociągowym, w rodzinnych stronach mojej matki, przechodziliśmy przez las. Potem czas upływał nam na dyskusji przy kawie czy iść do Doliny Szwabego czy Doliny Radości. I wtedy obierałam już dokładną drogę do Doliny Radości, gdyż właśnie moja największą miłością były małpy i szopy.

Przed żubrem, którego pokazuje obrazek, miałam respekt. Za to kaczki na stawie mogłam, z ogrodu i domku leśniczego, obserwować godzinami. Dzieliłam się nawet z nimi i łabędziami kawałkiem ciasta. Dla jeleni i dzików zbierałam zawsze kasztany i żołędzie. Przy wybiegu dla wilków przechodziłam niezbyt chętnie, i właśnie niedawno opowiadałam mojemu mężowi o ucieczce wilków, która wywoływała zdenerwowanie nie tylko u naszych dzieci. (?) 
My staliśmy z zachwytem przy małpach i karmiliśmy je orzechami ziemnymi lub chlebem, który wzięliśmy ze sobą na długą drogę wraz ze sporą porcją ciasta.?

[?] ?Cieszyłam się, kiedy widziałam małe zdjęcie z Doliny Radości. Pokazywało ono stado byków i bizonów, które swego czasu Pan Pikuritz (Sopot) ofiarował Towarzystwu Dzikich Ogrodów. Kiedy myślę o tym, jak ten miły, mały, dziki ogród się narodził to  się uśmiecham. 
Czytałam pewnego wieczoru gazetę, w której było napisane, że w gdańskiej rzeźni i oborze parka zwierzyny płowej zostanie sprzedana w drodze licytacji. Wiem, że żyły wcześniej w Parku Kuźniczki we Wrzeszczu. Pokazałam to mojemu mężowi, który natychmiast powiedział: ?Muszę porozmawiać z osobami z Organizacji Ochrony Dzikich Zwierząt, nie może tak być, że te biedne zwierzęta, zostaną przez kogoś kupione i zabite tylko po to, by sprzedać ich mięso.?


ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

I tak się stało, mój mąż rozmawiał także z Panem Kamin, dzierżawcą domku leśniczego Doliny Radości, że to on powinien zadbać o ogrodzenie terenu,  by zwierzyna płowna mogła swobodnie poruszać się jak na wolności. Pan Kamin szybko uświadomił sobie, że to tylko korzyść dla niego, gdyż było to atrakcją dla wielu turystów. Z casem powiększało się pogłowie dziczyzny.


ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

Doszła do tego parka danieli, która się szybko zaaklimatyzowała. Wrocławskie Zoo ufundowało dwa wilki (które później uciekły, poniewać stróże zostawili otwartą bramę). Niektóre z dzikich zwierząt  również omal nie pouciekały. Pan Nadleśniczy Nikolai i generał Feldkeller oraz Oliwa, sprzyjały mojemu mężowi w pięknej, pouczającej pracy.

To wszystko działo się dawno temu, mój mąż, Otto Petruß, dyrektor Fabryki Wagonów Gdańsk, zmarł w 1935 r. w ojczyźnie. Czy Ekscelencja Feldkeller i nadleśniczy Nikolai są jeszcze przy życiu, nie wiem. Oni mogliby potwierdzić moje wypowiedzi. W każdym razie Towarzystwo Dzikich Ogrodów zostało założone, zatrudniało i opłacało strażników, których głównym zadaniem było karmienie zwierząt oraz pilnowanie wybiegu i ogrodzenia.

Gdy z mężem i synem jechaliśmy do Doliny Radości, brałam zawsze ze sobą przysmaki. Kiedy bizon nefryt (mój mąż zawsze chciał mieć żubra, ale tego nie było łatwo zdobyć) daleko w swojej zagrodzie bawił się i ja zawołałam ?Jacki, Jacki, Galopp?. Wydawał wtedy z siebie głęboki chrząkający dźwięk i galopował do mnie a potem brał buraki i ziemniaki. Swoim czarnym pyskiem i nie mniej czarnym językiem jadł z mojej dłoni.


Zima 1927/28. Ze zbiorów  Piotra Leżyńskiego

[?] Szczególnie miło wspominam wspaniałe wypady szkolne i wycieczki do niezwykle popularnego domku leśniczego Doliny Radości. Nie było wtedy prawie żadnej klasy, która by nie miała wycieczki do Doliny Radości.

W latach 1928-1934 uczęszczałem do szkoły chłopięcej i w każdej klasie, raz w roku, mieliśmy wycieczkę do domku leśniczego Doliny Radości. Jedna z nich zapadła mi w pamięci szczególnie głęboko. Było to, jak sądzę, w zimę 1933/34. Syn właściciela znanej w Gdańsku firmy spedycyjnej Laubrinus na ul. Rzeźnickiej uczęszczał również do naszej szkoły. Od niego wynajęliśmy na naszą szkolną wycieczkę dwa piękne konie, które były pielęgnowane przez woźnicę. Około 15 sanek powiązanych ze sobą jedna za drugą jechało z wielkim ?halo? przez Oliwę aż do Doliny Radości. Po drodze niektórzy urządzali sobie bitwę na śnieżki.


Talerz z gospody w leśniczówce

W gospodzie dostaliśmy na wzmocnienie i rozgrzanie placki ziemniaczane, ciepłe mleko lub poncz. Jeszcze żyje kilku ówczesnych klasowych druhów, którzy przeżyli tą wspaniałą wyprawę.?

Tłumaczenie: Stella Wawrzyniak

O zoo, lesniczówce i gospodzie pisze również Gunther Grass w "Psich Latach".
Fragment:

Tulla i ja, kiedy między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem nasze rodziny wybrały się na spacer do Lasu Oliwskiego, rozglądaliśmy się za Eddim Amselem, ale on bawił gdzieś indziej, nie było go w Dolinie Radości. Piliśmy tam kawę z mlekiem i jedliśmy placki ziemniaczane pod jelenimi rogami. W zwierzyńcu niewiele się działo, gdyż przy mroźnej pogodzie małpy trzymano w ciepłej piwnicy leśniczówki. Nie powinniśmy byli zabierać Harrasa. Ale mój ojciec, stolarz, powiedział: ? Pies musi się wybiegać.
Dolina Radości była ulubionym celem wycieczek. Dojechaliśmy dwójką do przystanku Pokojowa (ul. Abrahama) i poszliśmy przez las, między czerwono oznakowanymi drzewami, aż otworzyła się przed nami dolina ukazując leśniczówkę i zwierzyniec. Mój ojciec jako stolarz nie mógł spojrzeć na dorodne drzewo, czy to buk, czy sosnę, nie szacując jego użytkowej wartości w metrach sześciennych. Dlatego moja matka, uważająca przyrodę, a więc i drzewa, przede wszystkim za ozdobę świata, była w złym humorze, który przeszedł jej dopiero przy plackach ziemniaczanych i kawie z mlekiem.


Pan Kamin, dzierżawca leśniczówki i gospody, usiadł między Augustem Pokriefke a moją matką. Zawsze, ilekroć przychodzili goście, opowiadał historię powstania zwierzyńca. Toteż Tulla i ja usłyszeliśmy po raz dziesiąty, że niejaki pan Pikuritz z Sopotu podarował bizona. Zwierzyniec jednak zaczął się nie od bizona, lecz od parki saren, ufundowanej przez dyrektora fabryki wagonów. Potem przybyły dziki i daniele. Ten ofiarował małpę, tamten dwie. Nadleśniczy Nikolai postarał się o lisy i bobry. Konsul kanadyjski dostarczył obydwa szopy. A wilki? Kto podarował wilki? Wilki, które później uciekły, rozszarpały dziecko zbierające jagody i zastrzelone trafiły do gazet. Kto podarował wilki?


ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

Zanim pan Kamin zdąży wyjawić, że to wrocławskie Zoo podarowało zwierzyńcowi w Dolinie Radości oba wilki, wychodzimy z Harrasem na dwór. Koło Jacka, bizona. Wokół zamarzniętego stawu. Kasztany i żołędzie dla dzików. Krótkie oszczekanie lisów. Wybieg dla wilków okratowany. Harras skamieniały. Wilki za żelaznymi prętami bez wytchnienia. Dłuższy krok niż u Harrasa. Za to podpiersie nie tak głęboko wykształcone, brak zaznaczonej bruzdy czołowej, oczy osadzone skośnie, mniejsze, bardziej osłonięte. Głowa w sumie bardziej masywna, tułów beczkowaty, niższy w kłębie niż u Harrasa, sierść twardowłosa, jasnoszara, czarno podpalana na żółtym podszerstku. Harras skamle ochryple. Wilki kłusują bez wytchnienia. Pewnego dnia dozorca zapomni zamknąć kratę... Śnieg z jodeł spada płatami. Wilki za prętami na moment nieruchomieją: sześcioro oczu, wargi drżą. Po trzykroć marszczą się grzbiety nosów. Oddech paruje z pysków. Szare wilki ? czarny owczarek. Czerń jako rezultat konsekwentnej hodowli. Przesycenie komórek pigmentowych od Perkuna przez Sentę i Pluta po Harrasa z młyna Luizy daje naszemu psu twardowłosa, niepodpalaną, wolną od nalotów i znakowań czerń. I już mój ojciec gwiżdże, a August Pokriefke klaszcze w dłonie. Rodzina Tulli i moi rodzice stoją w zimowych paltach przed leśniczówką. Wilki kłusujące bez wytchnienia zostają w tyle. Lecz dla nas i dla Harrasa niedzielny spacer jeszcze się nie kończy. Każdy czuje w ustach smak placków ziemniaczanych.

Tyle o tym miejscu pisze noblista z Wrzeszcza.
Po wojnie w budynku znalazło swoją siedziebę Nadleśnictwo Oliwa. Obecnie znajdują się tam mieszkania prywatne.

Tomasz Strug


Nadleśnictwo Oliwa - lata 50 XX wieku zdjęcie ze strony gdansk.lasy.gov.pl
 

 

 

 

 

 

 

 


"Jak leśnik Danz podpisał się na drzewach"

 

W 1896 roku leśnik Hubert Danz, opiekujący się Doliną Radości, postanowił pozostawić w ukochanym przez siebie miejscu niezwykłą pamiątkę. 112 lat później na jej ślad natrafili badacze dawnych dziejów Gdańska.

Leśnik postanowił podpisać się na jednym ze wzgórz okalających Dolinę Radości. W tym czasie wzniesienie było na nowo zalesiane. Pośród dominujących na nim sosen i świerków, leśnik posadził brzozy, które ułożył się w napis: DANZ 1896. Nietypowy autograf najlepiej było widać jesienią, gdy liście brzóz nabierały wspaniałego złotego koloru.

Dzieło Danza można było podziwiać jeszcze do pierwszych dziesięcioleci XX wieku. Było zresztą atrakcją dla ludzi spacerujących po Oliva Freudental. Podpis publikowano nawet na okolicznościowych widokówkach. Po drugiej wojnie światowej nie można było zauważyć już charakterystycznego napisu - brzozy schowały się wśród rozrastającego się lasu. Musiało minąć dopiero 112 lat, aby przypominano sobie o nim na nowo. Tym razem za sprawą bywalców forum "Dawny Gdańsk".


Retuszowana pocztówka Wzgórza Danza

- Sygnatura "Danz 1896" była nam znana od lat. Byliśmy jednak przekonani, że jest to tylko fotomontaż. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż na ówczesnych kartach pocztowych pojawiało się ich bardzo wiele. Część użytkowników forum podejrzewała też, że Danz, to skrót od Danzig. Zastanawiał nas jednak fakt, że w1896 roku Oliwa była jeszcze niezależną gminą. Nie było więc powodu, aby w taki sposób upamiętniać Gdańsk, w końcu sąsiednie przecież miasto - mówi Tomasz Strug z Forum Dawny Gdańsk.

Pocztówka przedstawiające oryginalny układ liter.

Prawdziwe poszukiwania genezy napisu i inwentaryzacja jego dzisiejszego stanu rozpoczęły się 17 grudnia ubiegłego roku. Szybko udało się ustalić, że Danz to nie żaden skrót, a właśnie podpis. Lektura dawnych map przyniosła kolejną ciekawostkę. Górka, na której znajduje się napis, była oficjalnie nazwana imieniem leśnika. Dopiero po wojnie stała się bezimienna. Po przebrnięciu przez źródła przyszedł czas na prace w terenie. Kilka spektakularnych kąpieli w błocie zalegającym na tym fragmencie Doliny Radości pozwoliło odnaleźć brzozy układające się w resztki liter.

- Od okolicznych mieszkańców dowiedzieliśmy się, że można je było wyraźnie zobaczyć jeszcze trzydzieści lat temu. Kto przespaceruje się w okolice dawnej skoczni, wybudowanej w 1932 roku naprzeciwko górki Danza, do dziś zobaczy korony brzóz, układające się w resztki liter D, A i fragment N - mówi Tomasz Strug. - Aż się prosi, aby odtworzyć cały napis. Będziemy o tym rozmawiać z przedstawicielami Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.

- Jesteśmy przychylni większości projektów, które nawiązują do historii lasów otaczających Trójmiasto. Pomysł z odtworzeniem Napisu Danz jest tym bardziej ciekawy, że sprzyja wykorzystaniu terenów leśnych jako tradycyjnego miejsca turystyki i rekreacji - mówi Dariusz Podbereski z Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. - Żeby go odtworzyć, trzeba się jednak najpierw porozumieć z gospodarującymi na tym terenie leśnikami.


Pocztówka z 1914 roku przedstawiające oryginalny układ liter.


Na czerwono zaznaczone miesca gdzie rosną brzozy.


Litery DAN w lutym 2008

Dolina radości - cud świata


Dolina Radości była od około 200 lat tradycyjnym miejscem spacerów dla mieszkańców Oliwy i Gdańska. Bywający tu Alexander von Humboldt, niemiecki przyrodnik i geograf (1769-1859), nazwał starą Oliwę i sąsiednią Dolinę Radości (ówczesną Freudental) trzecim cudem świata. W przewodniku Mieczysława Orłowicza, wydanym w Warszawie w 1921 roku, natrafiamy na taki opis Doliny: Najpiękniejsze przechadzki w okolice Oliwy wiodą przez otaczające ją od strony zachodniej zalesione wzgórza. Wskazana jest temi lasami dalsza przechadzka... w stronę południową do Gdańska (2 godz.), przez letniska Freudenthal i Schwabenthal, oraz leśniczówkę Matemblewo.

Droga obfituje w liczne piękne widoki na Gdańsk, położone u stóp miejscowości, leżące między wzgórzami a morzem, oraz Bałtyk. Po drodze kilka restauracji. Drogi znaczone, opatrzone w niemieckie napisy. Przed wojną w Dolinie Radości było także minizoo. Pisze o nim również Günter Grass w "Psich Latach".

Mało kto dziś pamięta, że przed turystyczno-rekreacyjnym epizodem w historii tego miejsca, wcześniej było to jedno z największych okolicznych zagłębi przemysłowych. Na całym Potoku Oliwskim pracowały 24 młyny, kuźnie i prochownie napędzane wodą. Prawie połowa z nich, na terenie dzisiejszej Doliny Radości.

artykuł Bartosza Gondka
Gazeta Wyborcza Trójmiasto 27 III 2008

Podyskutuj na Forum Dawnego Gdańska
 

 

Wspomnienia z oliwskiej części Forum Danzig Gdańsk.
Tytuł oryginalny:"Oase Freudental" Von Dr. Ernst - Hubert Gallasch
Aus "Unser Danzig", 1951, Heft Nr.7, vom Juli 1951, Seite 8

Któżby jeszcze nie znał tej drogi prowadzącej z Oliwy? Przez Dolinę Powagi, wzdłuż Zamku Mormonów, kuźni wodnych i Kleverberg (Vierkleverberg – Wzgórze Konik).

Oliwska kuźnia wodna obchodzi 30 - lecie obudowy i działania w ramach Muzeum Techniki. W piątek odbyło się otwarcie wystawy p.t. "Myśl techniczna w Polsce" oraz prelekcja o historii odbudowy obiektu. Muzeum po długotrwałym remoncie otwarto po raz pierwszy 17 czerwca 1978 roku.

ku1

Rolę gospodarza pełnił opiekun kuźni Dariusz Wilk. O historii odbudowy opowiadał dyrektor Muzeum Techniki Henryk Twardowski. Dyrektor bardzo podkreślał poświęcenie i zasługi pierwszego opiekuna zabytku Zbigniewa Wilka.
Rozpoczęcie odbudowy kuźni zawdzięczamy  inicjatywie i uporowi dyrektora Jerzego Jasiuka który do dnia dzisiejszego jest wieloletnim Dyrektorem Muzeum Techniki w Warszawie, a Kuźnia Wodna jako oddział tego muzeum jest jedynym takim muzeum  na północny Polski.

Ku2 Dariusz i Zbigniew Wilk

Ojciec i syn wspólnie oprowadzali po oliwskiej kuźni i demonstrowali jej działanie.

Kuznia Oliwska1 przez villaoliva


 




ku3





Można tylko żałować, że tak wspaniały zabytek jest niedoceniany w Gdańsku czego dowodem była dość skromna liczba gości  przybyłych na uroczystość, mimo ponad 200 wysłanych zaprszeń.
Przez szum wody przebijał się dzwięk muzyki granej na żywo przez zespół "Póżne Popołudnie"

 

 

Najbliższe imprezy w Kuźni:

28 czerwca (sobota)  Jazz w Kuźni - "Późne Popołudnie" godz.18.00
29 czerwca (niedziela)  Pokaz walk rycerskich i kucie stali. godz.16.00




Ku4

/villa/

Zobacz stronę Kuźni w Oliwie

 
 

 

"Stara młotownia na potoku oliwskim" - artykuł z czasopisma 30dni nr 2(40) marzec/kwiecień 2002
Autor: Tadeusz T. Głuszko

 W każdej chwili można uruchomić urządzenia kuźni wodnej zbudowanej w odległej dobie renesansu na Potoku Oliwskim w Dolinie Powagi przy dzisiejszej ulicy Bytowskiej 1 w Oliwie i wznowić przerwaną przed ponad pięćdziesięciu laty produkcję. Kuźnię zbudowano w głębokim obniżeniu terenu, poniżej zapory spiętrzającej wody zlewających się opodal potoków: Oliwskiego i Prochowego. Część mechanizmów pamięta jeszcze lata przedwojenne i bardziej odległe, inne odtworzono w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wystarczy otworzyć upusty akweduktów łączących kuźnię ze stawem, by masy spadającej wody wprawiły w ruch trzy koła nasiębierne, dwa duże i jedno mniejsze (stąd na-siębierne, że biorą "na się" spadającą wodę). A wtedy zaczną wznosić się i opadać wielkie ćwierćtonowe młoty, a masywne nożyce do cięcia grubej blachy rozpoczną miarowe rozwieranie i zamykanie miażdżących szczęk. Głuche uderzenia młotów i dźwięczne stukotanie ręcznych młotków, poskrzypywanie drewnianych wałów i łoskot spadającej wody przywracają atmosferę, która od schyłku XVI wieku przez kilka stuleci panowała na tym miejscu. Jak dawniej, i dzisiaj, po mrocznych wnętrzach uwijają się kowale. Już z ulicy słychać ich pracę.

Z dalekich zakątków świata przyjeżdżają badacze oraz miłośnicy zabytkowych zakładów przemysłowych, żeby to zobaczyć na własne oczy. Jak tam trafić? Do Doliny Powagi najprościej trafić kierując się na Dolinę Radości, u której wylotu jest rozłożona, oddzielona od tamtej niedużą Doliną Schwabego. Najłatwiej dotrzeć tam ulicą Kwietną, która bierze początek przy Starym Rynku Oliwskim. Jeśli wybieramy się po wizycie w ogrodzie zoologicznym, wygodniej będzie zejść na ulicę Kościerską i wyminąwszy instytuty budownictwa wod­nego i geologii PAN, wziąć najbliższy zakręt w lewo, by po chwili wyminąć po prawej dawny ?Żeliwiak" ze stojącym na wspólnej z nim parceli zapuszczonym Dworem Ernsttal i zaraz ukazuje się kuźnia. Spoza jezdni wynurza się z głębokiego obniżenia drewnianymi szczytami oraz krytymi gontem dachami.

NAJWIĘKSZA

Kuźnię, zwaną od pracujących w niej dwóch wielkich młotów młotownią (niem. Eisenhammer, Hammerwerk, dzisiaj określaną umownie jako Młyn XIII), wzmiankują źródła pisane już w 1597 roku, kiedy stanowiła własność posiadacza wielkich dóbr, Jana Klinghammera, od którego przejął ją drogą kupna opat oliwskich cystersów Dawid Konarski. Nie wiemy jednak, kiedy ją zbudowano. Przypuszcza się, że nastąpiło to przed 1597 rokiem, niektórzy powiadają, że w średniowieczu. Uznaje się niemal powszechnie, że była największą młotownią nad tutejszym potokiem.

W 1957 roku kuźnia była już malowniczą ruiną pozbawioną dachów. Na odsłoniętą maszynerię bezlitośnie nacierały siły przyrody, czyniąc ogromne spustoszenie. Stan taki utrzymywała się dłużej niż dwadzieścia lat. Ruinę młotowni przejęło warszawskie Muzeum Techniki NOT. Na pełną odbudowę i otwarcie kuźni jako placówki muzealnej trzeba było czekać do 1978 roku. Duży udział w odbudowie miał ojciec obecnego opiekuna, Zbigniew Wilk. 
Dariusz Wilk pracuje w kuźni od 1988 roku. Poza sezonem turystycznym, za zgodą warszawskiej dyrekcji, w lewobrzeżnym budynku, gdzie kiedyś pracował ojciec pani Marty, prowadzi zakład kowalski, który z pierwszym dniem sezonu turystycznego znika na głębokie zaplecze, by nie burzyć atmosfery muzeum.

Z NIEWIELKIMI ZMIANAMI

Zasada działania kuźni oliwskiej oraz jej architektura w zasadzie nie zmieniły się od najdawniejszych czasów. Siły motorycznej dostarcza ogromny zbiornik wodny o pojemności ośmiu tysięcy metrów sześciennych, stworzony w efekcie spiętrzenia Potoku Oliwskie-go długą zaporą. Przypuszczalnie istniejące dawniej w tym miejscu stawy kuźnicze były niewiele mniejsze. Wykonane z drewna dębowego koła wodne już w połowie XIX wieku musiały dostać stalowe wzmocnienia. Można to stwierdzić, gdyż w ich konstrukcji zachowały się gwinty odbiegające od norm przyjętych jako standardowe w II połowie XIX wieku. W 1943 roku usztywniono je pochodzącymi z Królewca stalowymi szynami zachowanymi do dzisiaj. Woda dopływa do kół dwoma akweduktami umieszczonymi w wysoko poprowadzonych betonowych korytach. Do modernizacji z 1943 roku były wykonane z dębowych desek uszczelnionych gliną. W lewobrzeżnym budynku wodę odbierają dwie turbiny - koło duże i małe o średnicach 400 oraz 310 centymetrów, w prawobrzeżnym zaś tylko jedna, o średnicy 400 centymetrów.

MŁOTY, NOŻYCE, PIECE

Podobno każde z dużych kół może "przerzucić" w jednej sekundzie nawet 0,6 metra sześciennego wody. Na ich obwodach znajdujemy czterdzieści cztery gięboko osadzone łopaty. Osiągana największa moc tych turbin to piętnaście kilowatów. Ich potężne osie wykonano z dębu, każdą z jednego pnia. Mają kształt wydłużonych kloców o wymiarach 70 x 70 x 800 centymetrów. W pewnym oddaleniu od kół wodnych nasadzono na te wały sta­lowe obręcze z dziesięcioma równo rozmieszczonymi zębami (trybami). To one podczas obrotu naciskają na trzony (dźwignie) 250-ki-logramowych młotów, powodując ich uniesienie i upadek na kowadło. Uwzględniając po­wstałe przez lata luzy, jeden obrót koła wyzwala średnio trzy uderzenia, nie zaś dziesięć, jak podaje się w literaturze - stwierdza Dariusz Wilk. Młoty spadają na kowadło z wysokości 40-50 centymetrów. Podaje się, że wysokość zależy od prędkości obrotów koła. Powiada się też, że z wałem były kiedyś sprzężone przekładnie mechanizmów poruszających miechami, ale i z tym poglądem nie zgadza się obecny opiekun, który twierdzi, że nie było takiej potrzeby.

Małe koło jest osadzone na dębowym wale o wymiarach 50 x 50 x 470 centymetrów. Na jego obwodzie znajdują się trzydzieści dwie łopaty. Daje napęd nożycom do cięcia blach i prętów o grubości do czterdziestu milimetrów. Zamocowany na osi mimośród powoduje w czasie pełnego obrotu jedno rozwarcie i zaciśnięcie szczęk. W latach, kiedy w kuźni produkowano narzędzia rolnicze, podobno nożycami okrajano z grubsza lemiesze. Pan Dariusz powiada, że sprowadzone zostały do kuźni podczas modernizacji przeprowadzonej około 1930 roku, dla pani Marty były od zawsze.

Obroty kół wodnych można przyspieszać i zwalniać. Wystarczy odpowiednio otworzyć lub przymknąć klapę zasuwy umieszczoną nad każdym w korycie akweduktu. Jak powiada Dariusz Wilk, zwiększając lub zmniejszając strumień spadającej wody możemy w przypadku dużych kół osiągać prędkości od dwudziestu do osiemdziesięciu obrotów na minutę, powodując w tym samym czasie nawet do dwustu pięćdziesięciu uderzeń młota. Klapami zasuw operujemy przy pomocy systemu dźwigni. Można je blokować w czterech ustawieniach stopniujących pożądany zrzut wody. Chcąc zatrzymać koło, wystarczy zamknąć zasuwę albo tak obniżyć zastawkę kanału, by woda nie podniosła się do poziomu jego końcowego odcinka z zasuwami i uchodziła bezpośrednio do tak zwanego przelewu bocznego.

Czym byłaby kuźnia bez pieca?  W Oliwie znajdujemy piece w obydwu budynkach. Prawobrzeżny do dzisiaj jest nadmuchiwany przez stary miech o imponujących rozmiarach. Jak powiada opiekun zabytku, nagrza­nie palenisk to kwestia kilku minut. Więcej czasu potrzeba do rozgrzania materiału pod odkuwki. Rozpalony niekiedy do białości metal mężczyźni przenoszą na kowadło posługując się odpowiednimi kleszczami. Zwykłe kleszcze utrzyma kowal w jednej ręce. Największe, eksponowane w prawobrzeżnym budynku, musi obsługiwać czterech kowali. Ważą blisko sto kilogramów, a jeszcze chwyta się w nie kawał rozpalonej stali o ciężarze połowy dużego kowadła... Dohartowania służyły wielkie rynny z wodą spływającą wprost z akweduktów, które w latach siedemdziesiątych nie zostały odtworzone.

SĄ I INNE

Spośród zaledwie dwóch zachowanych kuźni wodnych w Polsce, tylko oliwska jest zdolna do pracy. Druga, w Nowej Słupi na Kielecczyźnie, to dzisiaj martwy eksponat nadający się tylko do zwiedzania. Nasza, jedyna w swoim rodzaju młotownia, nie jest w Europie osamotniona. W dobrym stanie utrzymały się podobne obiekty w Bawarii, a kilka z nich to prawdziwe rarytasy. Są takie, w których jeden wał przekazuje napęd aż trzem młotom, pracującym jednocześnie albo osobno. Przez kilka lat oliwska filia Muzeum Techniki NOT czynnie współpracowała z pewnym monachijskim muzeum opiekującym się bawarskimi kuźniami.

NA NOWO PO STAREMU

Łatwo dostępne i stosunkowo niedrogie drewno, które posłużyło pierwszym budowniczym za podstawowy budulec maszynerii młotowni oraz osłaniających ją budynków, zaczęto z czasem zastępować żelazem, stalą i betonem. Najpoważniejszą gruntowną modernizację przeprowadzono bodaj w 1943 roku.

Co ciekawe, kiedy wykonywano betonowe leża pod wały kół wodnych, nie zdemontowano starych drewnianych, tylko obudowano je szalunkiem i zalano zaprawą. Właśnie te wcześniejsze konstrukcje wynurzają się dzisiaj w miejscach, gdzie beton został wypłukany przez nurt Potoku Oliwskiego. Miejmy nadzieję, że ktoś odpowiedzialny to kontroluje i nie grozi kolejna katastrofa, jak niedawna z roku 2000, kiedy prawobrzeżne koło obsunęło się o 30 centymetrów i trzeba było pokonać dużo trudności, by osadzić je na właściwym poziomie. Specjalnie sprowadzony pięćdziesięciotonowy podnośnik musiał spełniać wiele rygorystycznych wymogów, zanim został zainstalowany wewnątrz zabytku.

Choć po wojnie, wskutek poważnych zaniedbań, kuźnia uległa straszliwej dewastacji, w latach siedemdziesiątych odbudowano ją z dużym pietyzmem. Konstrukcję budynków postawiły Pracownie Konserwacji Zabytków z Gdańska. Większość elementów drewnianych, między innymi gigantyczne osie, powstawały w tartaku we Wrzeszczu blisko torów PKP. Dużą część prac wykonali zrzeszeni w gdańskich cechach rzemieślnicy. Najtrud­niejsze okazało się odtworzenie kół wodnych. Udało się jednak i 17 czerwca 1978 roku nastąpiło długo oczekiwane otwarcie.

CIEPŁE SPOD MŁOTA

Oliwska filia Muzeum Techniki NOT funkcjonuje od początku, o czym wspomnieliśmy, również jako warsztat. Początkowo wytwarzano tylko wyroby pamiątkarskie. Dzisiaj, poza sezonem turystycznym, kowale Dariusza Wilka świadczą szeroko rozumiane usługi dla ludności. W styczniu odkuwali w lewobrzeżnym budynku ozdobne balustrady do kilku balkonów. Współcześni majstrowie nie posługują się jednak starymi urządzeniami. Piec na lewym brzegu posiada nawiew elektryczny i nie rozgrzewa się go jak dawniej drewnem czy węglem, ale koksem, który rozpala się gazem. Również nie wykorzystuje się ciężkich dziewiętnastowiecznych wiertarek eksponowanych blisko obydwu pieców, ani wielkich młotów czy gigantycznych nożyc. Nie znaczy to bynajmniej, że zabytkowe urządzenia pozostają zupełnie bezczynne.

Kuźnia ożywa ?po staremu" w sezonie turystycznym, który obowiązuje od 2 maja do 31 października. Wówczas można obejrzeć wirujące koła wodne oraz poruszające się miarowo mioty i nożyce, puszczane w ruch w godzinach otwarcia muzeum. Chętni większych wrażeń mogą umówić się na pokaz pracy kowali demonstrowany za dodatkową opłatą. Trwa to około pół godziny. Panowie zakładają długie skórzane fartuchy i prezentują wszystkie etapy powstawania wyrobu kowalskiego. Demonstracja może być interesująca dla grup wycieczkowych, dla klas szklonych. Można wówczas zakupić ?ciepłe" jeszcze wyroby kowalskie lub w budynku kasy zaopatrzyć się w wykonane wcześniej.

NIESTETY

Dawniej mieszkańcy Trójmiasta nie zachodzili do oliwskiej kuźni zbyt często. Czyżby dlatego, że w Spisie Zabytków Architektury została zaliczona zaledwie do drugiej grupy? Najczęściej zaglądały tu przyjezdne grupy autokarowe. W ostatnich latach większość zwiedzających to spacerowicze i turyści indywidualni, blisko dwa tysiące osób rocznie. Jednak to ciągle mało, zważywszy rangę wyjątkowego w skali krajowej zabytku. Przyznać trzeba, że kuźnia jest mało reklamowana i mocno zapuszczona. Z zewnątrz prezentuje się jeszcze nieźle, ale jej wnętrza pozostawiają dużo do życzenia. Obiekt utrzymywany jest przez dyrekcję w Warszawie, która skąpo sypie groszem. Brakuje pieniędzy na dokończenie rozpoczętych w zeszłym roku remontów ł podjęcie nowych. Podobno żaden specjalista od aranżacji wnętrz nigdy nie zarobił tu złamanego grosza i to widać. Owszem, w kuźni powinno być siermiężnie, ale nie byle jak! Może właśnie ten stan powoduje małe zainteresowanie publiczności i mediów? W ostatnich latach o młotowni prawie się nie mówi i nie pisze. Trochę ?szumu" powstało po 13 grudnia 1997 roku, kiedy po sąsiedzku zwalił się most na potoku. Mimo niebezpiecznie spiętrzającej się wody, a dzięki szybkiej interwencji Dariusza Wilka nie do­szło do poważniejszych strat. Na Bytowską l zawitało w krótkim czasie kilkunastu dziennikarzy. Ukazało się niemało sensacyjnych doniesień o katastrofie i... po kilku dniach znów nad kuźnią zaległa cisza.

 

Są i inne problemy. Jeden szczególnie nęka turystów zmotoryzowanych i grupy autokarowe. W bliskim sąsiedztwie brakuje bowiem parkingu. Mimo że to zabytek w pewnym sensie ?warszawski", przede wszystkim jednak jest gdański, i miasto powinno zapewnić mu lepsze warunki. Dodajmy, że unikalny w skali krajowej obiekt dotąd nie doczekał się poważniejszego opracowania popularyzatorskiego.

 

DODATKOWE ATRAKCJE

Na odwiedzających ten zakątek Oliwy czeka, poza zabytkową kuźnią, jeszcze jedna atrakcja. Po przespacerowaniu kilkuset kroków w górę potoku możemy zajrzeć do słynnego niegdyś podgdańskiego gasthausu, Dworu Schwabego, któremu od grudnia ubiegłego roku właściciel próbuje przywrócić funkcję podmiejskiej gospody Dwór dysponuje parkingiem. Kuchnia nie nawiązuje jednak ani do ciekawej tradycji lokalnej, ani typowo polskiej. Ale to nie wszystko. Wchodząc czy wjeżdżając rowerem w okoliczne śródleśne doliny mamy rzadką nad morzem okazję nacieszyć oczy prawie podgórskimi krajobrazami. To prawdziwy fenomen tego miejsca! Gdyby jeszcze ktoś odważny podjął decyzję o likwidacji ogródków działkowych mocno zasłaniających i szpecących te krajobrazowe osobliwości. Oliwskie doliny można by objąć opieką i kontrolą podobnie jak to zrobiono w Zakopanem. Warto, póki nie wdarły się tam prominenckie osiedla.

Wykorzystano:

Majewski Wojciech, ?Zabytkowa kuźnia wodna na Potoku Jelitkowskim", [w:] Materiały l Sympozjum Zabytki Hydrotechniki w Polsce, Gdańsk 1996;
Mamuszka Franciszek, Stankiewicz Jerzy, ?Oliwa. Dzieje i zabytki", Gdańsk 1959;
Mrozowski Krzysztof, ?Zabytkowa kuźnia wodna w Gdańsku-Oliwie", Kwartalnik Historii Nauki i Techniki 1979, nr 1;
Pawtowski Wiktor, ?Kuźnia żelaza w Gdańsku--Oliwie", ?Jantarowe Szlaki" 1976 nr 10/11;
Ziegenhirte Julia, ?Zabytkowa mtotownia w oliwskiej Dolinie Radości wota o ratunek!", ?Rejsy" dod, ?Dziennika Bałtyckiego", 1955, nr 9

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Poczytaj o XXX leciu muzeum w kuźni

Strona Kuźni Wodnej w Oliwie

Zakończył się remont kapliczki św Jana Nepomucena z XVIII wieku stojącej przed domem przy alei Grunwaldzkiej 517 naprzeciw pętli tramwajowej. Ta niszczejąca od bliskości ruchliwej  drogi kapliczka została wyremontowana staraniem Parafii Archikatedralnej p.w. Trójcy Świętej w Oliwie. Uzupełnione zostały ubytki w tynku a całość została starannie odmalowana.

Kapliczka1W czasie remontu

Kapliczka2Już po pracach renowacyjnych

Kapliczka jest niemym świadectwem pielgrzymek organizowanych przez Bractwo Drogi Krzyżowej, powołane w 1766 roku przez papieża Klemensa XIII. Po drodze z kościoła Reformatów w Gdańsku Chełmie do Kalwarii Wejherowskiej było 14 stacji. Od XVIII wieku do 1938 roku stanowiła ona pierwszą stację gdańskiej pielgrzymki do Wejherowa.

Kapliczka ta zwana jest przez dawnych mieszkańców Oliwy "Kolumną Maryjną", a to z powodu figury Matki Boskiej umieszczonej w dolnej owalnej wnęce.

kapliczka3

W górnej znajduje się kamienna figura Jana N. w gwiaździstej aureoli.

kapliczka4

Na kapliczce znajduje się miejsce gdzie jeszcze przed wojną widniał tekst hymnu maryjnego. Proboszcz Parafii Archikatedralnej ks. Zbigniew Zieliński nie wykluczył, że byłaby możliwość odtworzenia tego napisu lecz nie jest znana jego dokładna treść.

W związku z tym StaraOliwa.pl poszukuje wszelkich informacji i zdjęć mogących ustalić treść napisów znajdujących się na kapliczce.

Kontakt w tej sprawie: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Tomasz Strug

Porozmawiaj o tym na oliwskim forum

 

Aleja Grunwaldzka 517

Przez blisko dwa i pół wieku przejeżdzający przez Oliwę mijają na swojej drodze figurę Jana Nepomucena. Często niezauważany stoi on w kapliczce na rozdrożu alei Grunwaldzkiej i ul. Opata Rybińskiego wraz z Maryją spoglądając z góry na mijających ich ludzi i ich losy.

Kapliczka2

Kapliczka jest niemym świadkiem pielgrzymek organizowanych przez Bractwo Drogi Krzyżowej. Powołał je w 1766 roku papież Klemens XIII. Wkrótce potem musiała powstać oliwska kapliczka. Po drodze od kościoła Reformatów w Gdańsku Chełmie do Kalwarii Wejherowskiej znajdowało się 14 stacji pielgrzymkowych. Od XVIII wieku do 1938 roku oliwska kapliczka stanowiła pierwszą stację gdańskiej pielgrzymki do Wejherowa.

Kapliczka ta zwana jest czasem przez dawnych mieszkańców Oliwy "Kolumną Maryjną", a to z powodu figury Matki Boskiej depczącej węża. Znajduje się ona w dolnej, owalnej wnęce. Oliwska "Kolumna" to swoiste "dwa w jednym".

kapliczka4
Maryja z oliwskiej kapliczki

 

450px-John_of_Nepomuk
Pomnik Jana Napomucena na moście Karola w Pradze fot. Wikipedia

Pomnik Jana Napomucena na moście Karola w Pradze fot. Wikipedia

Można je również nazywać "Nepomukiem" jak określane są figury Jana Nepomucena występujące w sporej części Europy.

Jan Nepomucen urodził się w 1350 roku w Pomuku (dziś Nepomuk) około 1380 przyjął święcenia kapłańskie i został kanonikiem przy katedrze św. Wita w Pradze. Studiował prawo kanoniczne w Pradze i Padwie. Następnie piastował godność kanonika kolegiaty praskiej św. Idziego, a w 1389 mianowany został wikariuszem generalnym arcybiskupa praskiego Jana z Jenstjena. W związku z zatargiem między królem Czech Wacławem IV a arcybiskupem, Jan Nepomucen popadł w niełaskę władcy i w 1393 został uwięziony. Następnie 20 marca tego roku zrzucono go z mostu Karola do rzeki Wełtawy gdzie zginął.

Według innej wersji, Jan Nepomucen po odmówieniu ujawnienia tajemnicy spowiedzi królowej Zofii królowi czeskiemu Wacławowi (król podejrzewał żonę o niewierność), został poddany ciężkim torturom i w konsekwencji wrzucony do Wełtawy.

Beatyfikacja męczennika odbyła się w 1721, a Świętym Kościoła Katolickiego ogłoszony został w roku1729.

Pierwszą znaną figurą Jana Nepomucena jest pomnik w Pradze na moście Karola z którego miał zostać zrzucony. Wokół jego głowy pojawiło się pięć gwiazd (symbolizujących pięć cnót męczeńskich), tworzących aureolę, która ponoć miała ukazać się w miejscu wrzucenia go do rzeki.

Większość "Nepomuków" wzorowana jest własnie na tej figurze wykonanej w brązie w 1683 r. Autorem drewnianego modelu tej rzeźby jest Jan Brokoff.

Jan Nepomucen był patronem mostów, przepraw, opiekunem życia rodzinnego, orędownikiem dobrej spowiedzi, sławy i honoru. Obecnie uznawany jest za patrona ratowników. Świętego proszono również o obronę przed obmową, zniesławieniem i pomówieniem. Według tradycji ludowej był świętym, który chronił pola i zasiewy przed powodzią, ale również i suszą.

 

 

kapliczka3Oliwski Nepomuk

450px-John_of_Nepomuk
zdjęcie ze zbiorów Marcina Żurka z albumu Był Sobie Gdańsk "Oliwa - Jelitkowo"

Główną jednak postacią oliwskiej kapliczki jest Matka Boska.

To jej poświęcone były dwie tablice znajdujące się na frontowej części "Kolumny Maryjnej". Niemieckie napisy zniknęły prawdopodobnie wraz z końcem II wojny światowej.

Przy okazji remontu kapliczki na przełomie października i listopada 2008 roku pojawił się pomysł odtworzenia treści tych tablic. Może także w przyszłości uda się przywrócić tablice kapliczce by wraz z figurami stanowiły kompletny i spójny przekaz jaki skierowali przed wiekami do nas fundatorzy tej budowli.

Tablice czy też malowane napisy dość wyraźnie widoczne są na zdjęciu z lat 30 - tych XX wieku. Ówczesna Danziger Chaussee była znasznie węższa niż dzisiejsza aleja Grunwaldzka, a naszą kapliczkę stojącą obok sklepu z artykułami papierniczymi otaczał kuty płotek. Za nim widzimy największą tablicę.

Na niej widniejący napis:

Meine Seele preiset hoch den Herrn.
Siehe von nun an werden mich selig preisen
alle Geschlechter. Denn Großes hat an mir getan
der mächtig ist und dessen Name heilig.
Luc. 1, 46-48.

Poszczególne wersy są fragmentami Kantyku Magnificat zwanego również Kantykiem Maryi. Nazwa pochodzi od pierwszych jego łacińskich słów: ?Magnificat anima mea Dominum" (?Wielbi dusza moja Pana"). Jest to radosna pieśń dziękczynna, oparta na tekstach ze Nowego Testamentu, którą wg Ewangelii św. Łukasza (1, 46-55) wypowiedziała lub zaśpiewała Maryja podczas spotkania ze świętą Elżbietą, krótko po Zwiastowaniu. Kantyk Magnificat jest śpiewany w czasie nieszporów.

 

 

 

 

zdjęcie ze zbiorów Marcina Żurka z albumu Był Sobie Gdańsk "Oliwa - Jelitkowo"

Wrcacając do fragmentów pieśni znajdującej się niegdyś na oliwskiej "Kolumnie Maryjnej" po polsku przedstawiają się one następująco:

Wielbi dusza moja Pana.
Spójrz odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia. Wielkie rzeczy uczynił mi
Wszechmocny i święte jest Jego imię.
Luc. 1, 46-48.

Pora rozszyfrować co znajdowało się nad figurą Matki Boskiej.

Na małej tabliczce znajdował się pozdrowienie i błogosławieństwo św. Elżbiety:

Gegrüßet seist du Maria!

czyli

Błogosławiona jesteś, Maryjo!

Padło ono krótko po zwiastowaniu czyli objawieniu Maryi Archanioła Gabriela i jego zapowiedzi narodzenia Jezusa, Syna Bożego. Kantyk Maryi jest odpowiedzią na pozdrowienie św. Elżbiety. I w tej kolejności umieszczone to było na oliwskiej kapliczce.

Miejmy nadzieję, że te słowa po wielu niespokojnych dekadach znajdą się znów na oliwskiej "Kolumnie" a Maryja wraz z Nepomukiem czuwać będą jak przez wieki nad Oliwą.

Tomasz Strug

Wielkie podziękowania dla Leszczyny z oliwskiego forum oraz jej mamy za przygodę odczytania napisów i odszukanie odpowiadającej niemieckiej wersji Kantyku Magnificat.

Kapliczka z XVIII wieku jak nowa

Porozmawiaj o tym na oliwskim forum

Strona Bractwa Nepomuckiego ? nieformalnego stowarzyszenia miłośników Nepomuków, m.in. katalogującego polskie i zagraniczne przedstawienia Jana Nepomucena]

 

Dzięki uprzejmości jednej z oliwskich rodzin, możemy cofnąć się w czasie do czasów gdy Oliwa była jeszcze niezależnym miastem. Wszystko dzięki zachowanemu z tamtych czasów albumowi. O znalezisku i Oliwie z tamtych lat pisze Gazeta Wyborcza.

40 2listopad1923

Był taki czas, kiedy Oliwa była miastem. To właśnie wtedy Pan Otto Grimmer, fotograf amator, tworzył unikatowy album zdjęć, który właśnie wypłynął na światło dzienne.

Otto Grimmer lubił fotografować. Zaledwie przez dwa lata ? od 1922 do 1925 roku, zapełnił rodzinny album kompletem dwustu zdjęć. Wygląda na to, że poświęcał swojej pasji cały wolny czas. A miał go niewiele, bo zawodowo pochłaniało go prowadzenie sklepu z bielizną damską w centrum Gdańska. Otto Grimmer był postawnym mężczyzną w średnim wieku i okularach. Wiemy to, bo w albumie znajduje się jego autoportret z aparatem.

Nasz bohater mieszkał przy Kronprinzenallee 1, czyli dzisiejszej Wita Stwosza, w okazałej willi, którą otrzymał w prezencie od rodziców. Tuż przed wojną Otto opuścił Gdańsk i wyjechał do Szwajcarii. Co ciekawe, dom nie został sprzedany, lecz opiekowała się nim do 1945 roku ciotka jednej z pokojówek. W spisie mieszkańców z 1942 roku Otto nadal widnieje jako właściciel.

Co sprawiło, że oliwska rodzina kupców bieliźnianych musiała opuścić Wolne Miasto Gdańsk? Może niewygodne wówczas dla władzy poglądy polityczne? Może pochodzenie?

- Otto Grimmer mógł być Żydem. W latach trzydziestych miasto opuściło miasto prawie  trzydzieści tysięcy mieszkańców wyznania Mojżeszowego.  To był wówczas główny nurt emigracji ? mówi badacz dziejów gdańskich żydów Mieczysław Abramowicz. ? Żeby mieć pewność trzeba by jednak zaglądnąć do spisu gdańskiej gminy żydowskiej.

Według Tomasza Struga, gospodarza portalu StaraOliwa.pl, nawet jeżeli Grimmer nie należał do gminy, na co wskazuje wiele zdjęć z okolic kościoła ewangelickiego, to jego rodzina mogła mieć żydowskie korzenie. To zaś wystarczyło, aby niepokoić się o swoją przyszłość. To że nie przynależał do gminy mogło zaś pomóc mu uratować majątek. Gdyby był żydem, to prawdopodobnie straciłby majątek jak rodzina Prinz, której kamienica stała przy dzisiejszej ul. Stary Rynek Oliwski 21 ? tam gdzie do lat 90. XX wieku funkcjonowała kawiarnia Kon ? Tiki.

W pierwszej połowie lat dwudziestych nikt z Grimmerów nie myślał jednak jeszcze o wyjeździe. Głowa rodziny szalała z aparatem po domu ? dzięki czemu w albumie znalazła się spora kolekcja wnętrz mieszczańskich z tamtego okresu, na wakacjach i ? co najcenniejsze, po miasteczku.

Oliwa była bowiem wówczas zupełnie inna niż dzisiaj. Na zdjęciach oglądamy niezabudowane parcele, domy, które nie istnieją od ponad pół wieku, czy ratusz. Bo druga połowa lat dwudziestych to okres, kiedy dzisiejsza dzielnica gdańska była samodzielnym miastem. Posiadającym własne szkoły, skomunikowanym z Gdańskiem pociągami i tramwajem i posiadającym dzielnice - Jelitkowo (Glettkau), Żabiankę (Poggenkrug) oraz Konradshammer, czyli dzisiejsze Przymorze. Oliwa posiadała kanalizację, własny dom zdrojowy w Jelitkowie, gazownię a nawet wybudowany w 1910 roku ratusz, który obsługiwał ponad 14 tysięcy mieszkańców.

W czasie kiedy Otto robił swoje zdjęcia, burmistrzem Oliwy był Herbert Creutzburg. Oliwska gmina przejęła właśnie na własność pałac opatów i przypałacowy park, z którym nie wiedziano co zrobić. Creutzburg nie był dobrym gospodarzem. Za jego kadencji stanęły inwestycje a kasa miasteczka świeciła pustkami.

- Herbert Creutzberg oraz niejaki Raube za pieniądze z gminnej kasy i z oszczędności mieszkańców oliwy, zgromadzonych w tutejszej Sparkasse, prowadzili ryzykowne transakcje handlowe, przez które zdefraudowali ? astronomiczną w tamtych czasach sumę czterystu tysięcy guldenów. To właśnie przez to Oliwa stała się w 1926 roku częścią Gdańska, który wykupił jej długi ? opowiada Tomasz Strug. ? Paradoksalnie to, że album Grimmera pokrywa się czasowo z rządami Creutzburga, ma dodatkową wartość. Są to bowiem ostatnie zdjęcia Oliwy, która jeszcze była miastem.

Bartosz Gondek
31X2008

 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
 

Newsletter

Historia

Oliwski kurort. Zaproszenie na spotkanie…

Czym żyła dawna Oliwa? O sporcie, rekreacji i rozrywce (do 1945 r.) opowie Jan Daniluk podczas spotkania zorganizowanego w ramach Święta Dzielnicy Viva Oliva.

06-09-2020 557 Historia

Dom młodzieży Hitlera w Oliwie

W 75 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej publikujemy relację prasową z 1936 roku przybliżającą historię brunatnych czasów w Oliwie i Gdańsku. Sięgamy do tekstu z organu prasowego NSDAP w Gdańsku...

08-05-2020 2795 Historia

Ostatnio dodane

„Rzeczy Istność” - III Międzynarodowy Festiwal Teatru Przedmiotu

„Rzeczy Istność” - III Międzynaro…

Zapraszamy na trzecią edycję Międzynarodowego Festiwalu „Rzeczy Istność” (Gdańsk - Oliwa, PARK OLIWSKI 18-20 września 2020).  To jedyny w Polsce Festiwal Artystów Teatru Przedmiotu.  Organizatorem festiwalu jest Fundacja Theatrum Mundi Adama Walnego...

14-09-2020 381 Rozrywka

ARTystycznie w Pałacu – sobotnie warsztaty rodzinne

ARTystycznie w Pałacu – sobotnie wars…

Czy sztukę współczesną jest łatwo zrozumieć? Czy można się nią bawić? Dlaczego bywa tworzona z zaskakujących materiałów, na przykład z kurzu lub piasek z plaży? Wyjaśnimy tajniki sztuki współczesnej, byście...

16-02-2020 1238 Rozrywka

  1. Najnowsze
  2. Oceniane
  3. Komentarze

Kalendarium tekstów

« Wrzesień 2020 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30