Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Pamiętaj mnie

Zarejestruj się

Pola oznaczone (*) są wymagane.
Nazwa użytkownika *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
Administrator

Administrator

Kuźnia Wodna

Mar 30, 2017

„Stara młotownia na potoku oliwskim” - artykuł z czasopisma 30dni nr 2(40) marzec/kwiecień 2002
Autor: Tadeusz T. Głuszko

 W każdej chwili można uruchomić urządzenia kuźni wodnej zbudowanej w odległej dobie renesansu na Potoku Oliwskim w Dolinie Powagi przy dzisiejszej ulicy Bytowskiej 1 w Oliwie i wznowić przerwaną przed ponad pięćdziesięciu laty produkcję. Kuźnię zbudowano w głębokim obniżeniu terenu, poniżej zapory spiętrzającej wody zlewających się opodal potoków: Oliwskiego i Prochowego. Część mechanizmów pamięta jeszcze lata przedwojenne i bardziej odległe, inne odtworzono w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wystarczy otworzyć upusty akweduktów łączących kuźnię ze stawem, by masy spadającej wody wprawiły w ruch trzy koła nasiębierne, dwa duże i jedno mniejsze (stąd na-siębierne, że biorą „na się" spadającą wodę). A wtedy zaczną wznosić się i opadać wielkie ćwierćtonowe młoty, a masywne nożyce do cięcia grubej blachy rozpoczną miarowe rozwieranie i zamykanie miażdżących szczęk. Głuche uderzenia młotów i dźwięczne stukotanie ręcznych młotków, poskrzypywanie drewnianych wałów i łoskot spadającej wody przywracają atmosferę, która od schyłku XVI wieku przez kilka stuleci panowała na tym miejscu. Jak dawniej, i dzisiaj, po mrocznych wnętrzach uwijają się kowale. Już z ulicy słychać ich pracę.

Z dalekich zakątków świata przyjeżdżają badacze oraz miłośnicy zabytkowych zakładów przemysłowych, żeby to zobaczyć na własne oczy. Jak tam trafić? Do Doliny Powagi najprościej trafić kierując się na Dolinę Radości, u której wylotu jest rozłożona, oddzielona od tamtej niedużą Doliną Schwabego. Najłatwiej dotrzeć tam ulicą Kwietną, która bierze początek przy Starym Rynku Oliwskim. Jeśli wybieramy się po wizycie w ogrodzie zoologicznym, wygodniej będzie zejść na ulicę Kościerską i wyminąwszy instytuty budownictwa wod­nego i geologii PAN, wziąć najbliższy zakręt w lewo, by po chwili wyminąć po prawej dawny „Żeliwiak" ze stojącym na wspólnej z nim parceli zapuszczonym Dworem Ernsttal i zaraz ukazuje się kuźnia. Spoza jezdni wynurza się z głębokiego obniżenia drewnianymi szczytami oraz krytymi gontem dachami.

NAJWIĘKSZA

Kuźnię, zwaną od pracujących w niej dwóch wielkich młotów młotownią (niem. Eisenhammer, Hammerwerk, dzisiaj określaną umownie jako Młyn XIII), wzmiankują źródła pisane już w 1597 roku, kiedy stanowiła własność posiadacza wielkich dóbr, Jana Klinghammera, od którego przejął ją drogą kupna opat oliwskich cystersów Dawid Konarski. Nie wiemy jednak, kiedy ją zbudowano. Przypuszcza się, że nastąpiło to przed 1597 rokiem, niektórzy powiadają, że w średniowieczu. Uznaje się niemal powszechnie, że była największą młotownią nad tutejszym potokiem.

W 1957 roku kuźnia była już malowniczą ruiną pozbawioną dachów. Na odsłoniętą maszynerię bezlitośnie nacierały siły przyrody, czyniąc ogromne spustoszenie. Stan taki utrzymywała się dłużej niż dwadzieścia lat. Ruinę młotowni przejęło warszawskie Muzeum Techniki NOT. Na pełną odbudowę i otwarcie kuźni jako placówki muzealnej trzeba było czekać do 1978 roku. Duży udział w odbudowie miał ojciec obecnego opiekuna, Zbigniew Wilk. 
Dariusz Wilk pracuje w kuźni od 1988 roku. Poza sezonem turystycznym, za zgodą warszawskiej dyrekcji, w lewobrzeżnym budynku, gdzie kiedyś pracował ojciec pani Marty, prowadzi zakład kowalski, który z pierwszym dniem sezonu turystycznego znika na głębokie zaplecze, by nie burzyć atmosfery muzeum.

Z NIEWIELKIMI ZMIANAMI

Zasada działania kuźni oliwskiej oraz jej architektura w zasadzie nie zmieniły się od najdawniejszych czasów. Siły motorycznej dostarcza ogromny zbiornik wodny o pojemności ośmiu tysięcy metrów sześciennych, stworzony w efekcie spiętrzenia Potoku Oliwskie-go długą zaporą. Przypuszczalnie istniejące dawniej w tym miejscu stawy kuźnicze były niewiele mniejsze. Wykonane z drewna dębowego koła wodne już w połowie XIX wieku musiały dostać stalowe wzmocnienia. Można to stwierdzić, gdyż w ich konstrukcji zachowały się gwinty odbiegające od norm przyjętych jako standardowe w II połowie XIX wieku. W 1943 roku usztywniono je pochodzącymi z Królewca stalowymi szynami zachowanymi do dzisiaj. Woda dopływa do kół dwoma akweduktami umieszczonymi w wysoko poprowadzonych betonowych korytach. Do modernizacji z 1943 roku były wykonane z dębowych desek uszczelnionych gliną. W lewobrzeżnym budynku wodę odbierają dwie turbiny - koło duże i małe o średnicach 400 oraz 310 centymetrów, w prawobrzeżnym zaś tylko jedna, o średnicy 400 centymetrów.

MŁOTY, NOŻYCE, PIECE

Podobno każde z dużych kół może „przerzucić" w jednej sekundzie nawet 0,6 metra sześciennego wody. Na ich obwodach znajdujemy czterdzieści cztery gięboko osadzone łopaty. Osiągana największa moc tych turbin to piętnaście kilowatów. Ich potężne osie wykonano z dębu, każdą z jednego pnia. Mają kształt wydłużonych kloców o wymiarach 70 x 70 x 800 centymetrów. W pewnym oddaleniu od kół wodnych nasadzono na te wały sta­lowe obręcze z dziesięcioma równo rozmieszczonymi zębami (trybami). To one podczas obrotu naciskają na trzony (dźwignie) 250-ki-logramowych młotów, powodując ich uniesienie i upadek na kowadło. Uwzględniając po­wstałe przez lata luzy, jeden obrót koła wyzwala średnio trzy uderzenia, nie zaś dziesięć, jak podaje się w literaturze - stwierdza Dariusz Wilk. Młoty spadają na kowadło z wysokości 40-50 centymetrów. Podaje się, że wysokość zależy od prędkości obrotów koła. Powiada się też, że z wałem były kiedyś sprzężone przekładnie mechanizmów poruszających miechami, ale i z tym poglądem nie zgadza się obecny opiekun, który twierdzi, że nie było takiej potrzeby.

Małe koło jest osadzone na dębowym wale o wymiarach 50 x 50 x 470 centymetrów. Na jego obwodzie znajdują się trzydzieści dwie łopaty. Daje napęd nożycom do cięcia blach i prętów o grubości do czterdziestu milimetrów. Zamocowany na osi mimośród powoduje w czasie pełnego obrotu jedno rozwarcie i zaciśnięcie szczęk. W latach, kiedy w kuźni produkowano narzędzia rolnicze, podobno nożycami okrajano z grubsza lemiesze. Pan Dariusz powiada, że sprowadzone zostały do kuźni podczas modernizacji przeprowadzonej około 1930 roku, dla pani Marty były od zawsze.

Obroty kół wodnych można przyspieszać i zwalniać. Wystarczy odpowiednio otworzyć lub przymknąć klapę zasuwy umieszczoną nad każdym w korycie akweduktu. Jak powiada Dariusz Wilk, zwiększając lub zmniejszając strumień spadającej wody możemy w przypadku dużych kół osiągać prędkości od dwudziestu do osiemdziesięciu obrotów na minutę, powodując w tym samym czasie nawet do dwustu pięćdziesięciu uderzeń młota. Klapami zasuw operujemy przy pomocy systemu dźwigni. Można je blokować w czterech ustawieniach stopniujących pożądany zrzut wody. Chcąc zatrzymać koło, wystarczy zamknąć zasuwę albo tak obniżyć zastawkę kanału, by woda nie podniosła się do poziomu jego końcowego odcinka z zasuwami i uchodziła bezpośrednio do tak zwanego przelewu bocznego.

Czym byłaby kuźnia bez pieca?  W Oliwie znajdujemy piece w obydwu budynkach. Prawobrzeżny do dzisiaj jest nadmuchiwany przez stary miech o imponujących rozmiarach. Jak powiada opiekun zabytku, nagrza­nie palenisk to kwestia kilku minut. Więcej czasu potrzeba do rozgrzania materiału pod odkuwki. Rozpalony niekiedy do białości metal mężczyźni przenoszą na kowadło posługując się odpowiednimi kleszczami. Zwykłe kleszcze utrzyma kowal w jednej ręce. Największe, eksponowane w prawobrzeżnym budynku, musi obsługiwać czterech kowali. Ważą blisko sto kilogramów, a jeszcze chwyta się w nie kawał rozpalonej stali o ciężarze połowy dużego kowadła... Dohartowania służyły wielkie rynny z wodą spływającą wprost z akweduktów, które w latach siedemdziesiątych nie zostały odtworzone.

SĄ I INNE

Spośród zaledwie dwóch zachowanych kuźni wodnych w Polsce, tylko oliwska jest zdolna do pracy. Druga, w Nowej Słupi na Kielecczyźnie, to dzisiaj martwy eksponat nadający się tylko do zwiedzania. Nasza, jedyna w swoim rodzaju młotownia, nie jest w Europie osamotniona. W dobrym stanie utrzymały się podobne obiekty w Bawarii, a kilka z nich to prawdziwe rarytasy. Są takie, w których jeden wał przekazuje napęd aż trzem młotom, pracującym jednocześnie albo osobno. Przez kilka lat oliwska filia Muzeum Techniki NOT czynnie współpracowała z pewnym monachijskim muzeum opiekującym się bawarskimi kuźniami.

NA NOWO PO STAREMU

Łatwo dostępne i stosunkowo niedrogie drewno, które posłużyło pierwszym budowniczym za podstawowy budulec maszynerii młotowni oraz osłaniających ją budynków, zaczęto z czasem zastępować żelazem, stalą i betonem. Najpoważniejszą gruntowną modernizację przeprowadzono bodaj w 1943 roku.

Co ciekawe, kiedy wykonywano betonowe leża pod wały kół wodnych, nie zdemontowano starych drewnianych, tylko obudowano je szalunkiem i zalano zaprawą. Właśnie te wcześniejsze konstrukcje wynurzają się dzisiaj w miejscach, gdzie beton został wypłukany przez nurt Potoku Oliwskiego. Miejmy nadzieję, że ktoś odpowiedzialny to kontroluje i nie grozi kolejna katastrofa, jak niedawna z roku 2000, kiedy prawobrzeżne koło obsunęło się o 30 centymetrów i trzeba było pokonać dużo trudności, by osadzić je na właściwym poziomie. Specjalnie sprowadzony pięćdziesięciotonowy podnośnik musiał spełniać wiele rygorystycznych wymogów, zanim został zainstalowany wewnątrz zabytku.

Choć po wojnie, wskutek poważnych zaniedbań, kuźnia uległa straszliwej dewastacji, w latach siedemdziesiątych odbudowano ją z dużym pietyzmem. Konstrukcję budynków postawiły Pracownie Konserwacji Zabytków z Gdańska. Większość elementów drewnianych, między innymi gigantyczne osie, powstawały w tartaku we Wrzeszczu blisko torów PKP. Dużą część prac wykonali zrzeszeni w gdańskich cechach rzemieślnicy. Najtrud­niejsze okazało się odtworzenie kół wodnych. Udało się jednak i 17 czerwca 1978 roku nastąpiło długo oczekiwane otwarcie.

CIEPŁE SPOD MŁOTA

Oliwska filia Muzeum Techniki NOT funkcjonuje od początku, o czym wspomnieliśmy, również jako warsztat. Początkowo wytwarzano tylko wyroby pamiątkarskie. Dzisiaj, poza sezonem turystycznym, kowale Dariusza Wilka świadczą szeroko rozumiane usługi dla ludności. W styczniu odkuwali w lewobrzeżnym budynku ozdobne balustrady do kilku balkonów. Współcześni majstrowie nie posługują się jednak starymi urządzeniami. Piec na lewym brzegu posiada nawiew elektryczny i nie rozgrzewa się go jak dawniej drewnem czy węglem, ale koksem, który rozpala się gazem. Również nie wykorzystuje się ciężkich dziewiętnastowiecznych wiertarek eksponowanych blisko obydwu pieców, ani wielkich młotów czy gigantycznych nożyc. Nie znaczy to bynajmniej, że zabytkowe urządzenia pozostają zupełnie bezczynne.

Kuźnia ożywa „po staremu" w sezonie turystycznym, który obowiązuje od 2 maja do 31 października. Wówczas można obejrzeć wirujące koła wodne oraz poruszające się miarowo mioty i nożyce, puszczane w ruch w godzinach otwarcia muzeum. Chętni większych wrażeń mogą umówić się na pokaz pracy kowali demonstrowany za dodatkową opłatą. Trwa to około pół godziny. Panowie zakładają długie skórzane fartuchy i prezentują wszystkie etapy powstawania wyrobu kowalskiego. Demonstracja może być interesująca dla grup wycieczkowych, dla klas szklonych. Można wówczas zakupić „ciepłe" jeszcze wyroby kowalskie lub w budynku kasy zaopatrzyć się w wykonane wcześniej.

NIESTETY

Dawniej mieszkańcy Trójmiasta nie zachodzili do oliwskiej kuźni zbyt często. Czyżby dlatego, że w Spisie Zabytków Architektury została zaliczona zaledwie do drugiej grupy? Najczęściej zaglądały tu przyjezdne grupy autokarowe. W ostatnich latach większość zwiedzających to spacerowicze i turyści indywidualni, blisko dwa tysiące osób rocznie. Jednak to ciągle mało, zważywszy rangę wyjątkowego w skali krajowej zabytku. Przyznać trzeba, że kuźnia jest mało reklamowana i mocno zapuszczona. Z zewnątrz prezentuje się jeszcze nieźle, ale jej wnętrza pozostawiają dużo do życzenia. Obiekt utrzymywany jest przez dyrekcję w Warszawie, która skąpo sypie groszem. Brakuje pieniędzy na dokończenie rozpoczętych w zeszłym roku remontów ł podjęcie nowych. Podobno żaden specjalista od aranżacji wnętrz nigdy nie zarobił tu złamanego grosza i to widać. Owszem, w kuźni powinno być siermiężnie, ale nie byle jak! Może właśnie ten stan powoduje małe zainteresowanie publiczności i mediów? W ostatnich latach o młotowni prawie się nie mówi i nie pisze. Trochę „szumu" powstało po 13 grudnia 1997 roku, kiedy po sąsiedzku zwalił się most na potoku. Mimo niebezpiecznie spiętrzającej się wody, a dzięki szybkiej interwencji Dariusza Wilka nie do­szło do poważniejszych strat. Na Bytowską l zawitało w krótkim czasie kilkunastu dziennikarzy. Ukazało się niemało sensacyjnych doniesień o katastrofie i... po kilku dniach znów nad kuźnią zaległa cisza.

 

Są i inne problemy. Jeden szczególnie nęka turystów zmotoryzowanych i grupy autokarowe. W bliskim sąsiedztwie brakuje bowiem parkingu. Mimo że to zabytek w pewnym sensie „warszawski", przede wszystkim jednak jest gdański, i miasto powinno zapewnić mu lepsze warunki. Dodajmy, że unikalny w skali krajowej obiekt dotąd nie doczekał się poważniejszego opracowania popularyzatorskiego.

 

DODATKOWE ATRAKCJE

Na odwiedzających ten zakątek Oliwy czeka, poza zabytkową kuźnią, jeszcze jedna atrakcja. Po przespacerowaniu kilkuset kroków w górę potoku możemy zajrzeć do słynnego niegdyś podgdańskiego gasthausu, Dworu Schwabego, któremu od grudnia ubiegłego roku właściciel próbuje przywrócić funkcję podmiejskiej gospody Dwór dysponuje parkingiem. Kuchnia nie nawiązuje jednak ani do ciekawej tradycji lokalnej, ani typowo polskiej. Ale to nie wszystko. Wchodząc czy wjeżdżając rowerem w okoliczne śródleśne doliny mamy rzadką nad morzem okazję nacieszyć oczy prawie podgórskimi krajobrazami. To prawdziwy fenomen tego miejsca! Gdyby jeszcze ktoś odważny podjął decyzję o likwidacji ogródków działkowych mocno zasłaniających i szpecących te krajobrazowe osobliwości. Oliwskie doliny można by objąć opieką i kontrolą podobnie jak to zrobiono w Zakopanem. Warto, póki nie wdarły się tam prominenckie osiedla.

Wykorzystano:

Majewski Wojciech, „Zabytkowa kuźnia wodna na Potoku Jelitkowskim", [w:] Materiały l Sympozjum Zabytki Hydrotechniki w Polsce, Gdańsk 1996;
Mamuszka Franciszek, Stankiewicz Jerzy, „Oliwa. Dzieje i zabytki", Gdańsk 1959;
Mrozowski Krzysztof, „Zabytkowa kuźnia wodna w Gdańsku-Oliwie", Kwartalnik Historii Nauki i Techniki 1979, nr 1;
Pawtowski Wiktor, „Kuźnia żelaza w Gdańsku--Oliwie", „Jantarowe Szlaki" 1976 nr 10/11;
Ziegenhirte Julia, „Zabytkowa mtotownia w oliwskiej Dolinie Radości wota o ratunek!", „Rejsy" dod, „Dziennika Bałtyckiego", 1955, nr 9

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Poczytaj o XXX leciu muzeum w kuźni

Strona Kuźni Wodnej w Oliwie


Zakończył się remont kapliczki św Jana Nepomucena z XVIII wieku stojącej przed domem przy alei Grunwaldzkiej 517 naprzeciw pętli tramwajowej. Ta niszczejąca od bliskości ruchliwej  drogi kapliczka została wyremontowana staraniem Parafii Archikatedralnej p.w. Trójcy Świętej w Oliwie. Uzupełnione zostały ubytki w tynku a całość została starannie odmalowana.

Kapliczka1W czasie remontu

Kapliczka2Już po pracach renowacyjnych

Kapliczka jest niemym świadectwem pielgrzymek organizowanych przez Bractwo Drogi Krzyżowej, powołane w 1766 roku przez papieża Klemensa XIII. Po drodze z kościoła Reformatów w Gdańsku Chełmie do Kalwarii Wejherowskiej było 14 stacji. Od XVIII wieku do 1938 roku stanowiła ona pierwszą stację gdańskiej pielgrzymki do Wejherowa.

Kapliczka ta zwana jest przez dawnych mieszkańców Oliwy "Kolumną Maryjną", a to z powodu figury Matki Boskiej umieszczonej w dolnej owalnej wnęce.

kapliczka3

W górnej znajduje się kamienna figura Jana N. w gwiaździstej aureoli.

kapliczka4

Na kapliczce znajduje się miejsce gdzie jeszcze przed wojną widniał tekst hymnu maryjnego. Proboszcz Parafii Archikatedralnej ks. Zbigniew Zieliński nie wykluczył, że byłaby możliwość odtworzenia tego napisu lecz nie jest znana jego dokładna treść.

W związku z tym StaraOliwa.pl poszukuje wszelkich informacji i zdjęć mogących ustalić treść napisów znajdujących się na kapliczce.

Kontakt w tej sprawie: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Tomasz Strug

Porozmawiaj o tym na oliwskim forum

 

Aleja Grunwaldzka 517

Przez blisko dwa i pół wieku przejeżdzający przez Oliwę mijają na swojej drodze figurę Jana Nepomucena. Często niezauważany stoi on w kapliczce na rozdrożu alei Grunwaldzkiej i ul. Opata Rybińskiego wraz z Maryją spoglądając z góry na mijających ich ludzi i ich losy.

Kapliczka2

Kapliczka jest niemym świadkiem pielgrzymek organizowanych przez Bractwo Drogi Krzyżowej. Powołał je w 1766 roku papież Klemens XIII. Wkrótce potem musiała powstać oliwska kapliczka. Po drodze od kościoła Reformatów w Gdańsku Chełmie do Kalwarii Wejherowskiej znajdowało się 14 stacji pielgrzymkowych. Od XVIII wieku do 1938 roku oliwska kapliczka stanowiła pierwszą stację gdańskiej pielgrzymki do Wejherowa.

Kapliczka ta zwana jest czasem przez dawnych mieszkańców Oliwy "Kolumną Maryjną", a to z powodu figury Matki Boskiej depczącej węża. Znajduje się ona w dolnej, owalnej wnęce. Oliwska "Kolumna" to swoiste "dwa w jednym".

kapliczka4
Maryja z oliwskiej kapliczki

 

450px-John_of_Nepomuk
Pomnik Jana Napomucena na moście Karola w Pradze fot. Wikipedia

Pomnik Jana Napomucena na moście Karola w Pradze fot. Wikipedia

Można je również nazywać "Nepomukiem" jak określane są figury Jana Nepomucena występujące w sporej części Europy.

Jan Nepomucen urodził się w 1350 roku w Pomuku (dziś Nepomuk) około 1380 przyjął święcenia kapłańskie i został kanonikiem przy katedrze św. Wita w Pradze. Studiował prawo kanoniczne w Pradze i Padwie. Następnie piastował godność kanonika kolegiaty praskiej św. Idziego, a w 1389 mianowany został wikariuszem generalnym arcybiskupa praskiego Jana z Jenstjena. W związku z zatargiem między królem Czech Wacławem IV a arcybiskupem, Jan Nepomucen popadł w niełaskę władcy i w 1393 został uwięziony. Następnie 20 marca tego roku zrzucono go z mostu Karola do rzeki Wełtawy gdzie zginął.

Według innej wersji, Jan Nepomucen po odmówieniu ujawnienia tajemnicy spowiedzi królowej Zofii królowi czeskiemu Wacławowi (król podejrzewał żonę o niewierność), został poddany ciężkim torturom i w konsekwencji wrzucony do Wełtawy.

Beatyfikacja męczennika odbyła się w 1721, a Świętym Kościoła Katolickiego ogłoszony został w roku1729.

Pierwszą znaną figurą Jana Nepomucena jest pomnik w Pradze na moście Karola z którego miał zostać zrzucony. Wokół jego głowy pojawiło się pięć gwiazd (symbolizujących pięć cnót męczeńskich), tworzących aureolę, która ponoć miała ukazać się w miejscu wrzucenia go do rzeki.

Większość "Nepomuków" wzorowana jest własnie na tej figurze wykonanej w brązie w 1683 r. Autorem drewnianego modelu tej rzeźby jest Jan Brokoff.

Jan Nepomucen był patronem mostów, przepraw, opiekunem życia rodzinnego, orędownikiem dobrej spowiedzi, sławy i honoru. Obecnie uznawany jest za patrona ratowników. Świętego proszono również o obronę przed obmową, zniesławieniem i pomówieniem. Według tradycji ludowej był świętym, który chronił pola i zasiewy przed powodzią, ale również i suszą.

 

 

kapliczka3Oliwski Nepomuk

450px-John_of_Nepomuk
zdjęcie ze zbiorów Marcina Żurka z albumu Był Sobie Gdańsk "Oliwa - Jelitkowo"

Główną jednak postacią oliwskiej kapliczki jest Matka Boska.

To jej poświęcone były dwie tablice znajdujące się na frontowej części "Kolumny Maryjnej". Niemieckie napisy zniknęły prawdopodobnie wraz z końcem II wojny światowej.

Przy okazji remontu kapliczki na przełomie października i listopada 2008 roku pojawił się pomysł odtworzenia treści tych tablic. Może także w przyszłości uda się przywrócić tablice kapliczce by wraz z figurami stanowiły kompletny i spójny przekaz jaki skierowali przed wiekami do nas fundatorzy tej budowli.

Tablice czy też malowane napisy dość wyraźnie widoczne są na zdjęciu z lat 30 - tych XX wieku. Ówczesna Danziger Chaussee była znasznie węższa niż dzisiejsza aleja Grunwaldzka, a naszą kapliczkę stojącą obok sklepu z artykułami papierniczymi otaczał kuty płotek. Za nim widzimy największą tablicę.

Na niej widniejący napis:

Meine Seele preiset hoch den Herrn.
Siehe von nun an werden mich selig preisen
alle Geschlechter. Denn Großes hat an mir getan
der mächtig ist und dessen Name heilig.
Luc. 1, 46-48.

Poszczególne wersy są fragmentami Kantyku Magnificat zwanego również Kantykiem Maryi. Nazwa pochodzi od pierwszych jego łacińskich słów: „Magnificat anima mea Dominum" („Wielbi dusza moja Pana"). Jest to radosna pieśń dziękczynna, oparta na tekstach ze Nowego Testamentu, którą wg Ewangelii św. Łukasza (1, 46-55) wypowiedziała lub zaśpiewała Maryja podczas spotkania ze świętą Elżbietą, krótko po Zwiastowaniu. Kantyk Magnificat jest śpiewany w czasie nieszporów.

 

 

 

 

zdjęcie ze zbiorów Marcina Żurka z albumu Był Sobie Gdańsk "Oliwa - Jelitkowo"

Wrcacając do fragmentów pieśni znajdującej się niegdyś na oliwskiej "Kolumnie Maryjnej" po polsku przedstawiają się one następująco:

Wielbi dusza moja Pana.
Spójrz odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia. Wielkie rzeczy uczynił mi
Wszechmocny i święte jest Jego imię.
Luc. 1, 46-48.

Pora rozszyfrować co znajdowało się nad figurą Matki Boskiej.

Na małej tabliczce znajdował się pozdrowienie i błogosławieństwo św. Elżbiety:

Gegrüßet seist du Maria!

czyli

Błogosławiona jesteś, Maryjo!

Padło ono krótko po zwiastowaniu czyli objawieniu Maryi Archanioła Gabriela i jego zapowiedzi narodzenia Jezusa, Syna Bożego. Kantyk Maryi jest odpowiedzią na pozdrowienie św. Elżbiety. I w tej kolejności umieszczone to było na oliwskiej kapliczce.

Miejmy nadzieję, że te słowa po wielu niespokojnych dekadach znajdą się znów na oliwskiej "Kolumnie" a Maryja wraz z Nepomukiem czuwać będą jak przez wieki nad Oliwą.

Tomasz Strug

Wielkie podziękowania dla Leszczyny z oliwskiego forum oraz jej mamy za przygodę odczytania napisów i odszukanie odpowiadającej niemieckiej wersji Kantyku Magnificat.

Kapliczka z XVIII wieku jak nowa

Porozmawiaj o tym na oliwskim forum

Strona Bractwa Nepomuckiego – nieformalnego stowarzyszenia miłośników Nepomuków, m.in. katalogującego polskie i zagraniczne przedstawienia Jana Nepomucena]

 

Dzięki uprzejmości jednej z oliwskich rodzin, możemy cofnąć się w czasie do czasów gdy Oliwa była jeszcze niezależnym miastem. Wszystko dzięki zachowanemu z tamtych czasów albumowi. O znalezisku i Oliwie z tamtych lat pisze Gazeta Wyborcza.

40 2listopad1923

Był taki czas, kiedy Oliwa była miastem. To właśnie wtedy Pan Otto Grimmer, fotograf amator, tworzył unikatowy album zdjęć, który właśnie wypłynął na światło dzienne.

Otto Grimmer lubił fotografować. Zaledwie przez dwa lata – od 1922 do 1925 roku, zapełnił rodzinny album kompletem dwustu zdjęć. Wygląda na to, że poświęcał swojej pasji cały wolny czas. A miał go niewiele, bo zawodowo pochłaniało go prowadzenie sklepu z bielizną damską w centrum Gdańska. Otto Grimmer był postawnym mężczyzną w średnim wieku i okularach. Wiemy to, bo w albumie znajduje się jego autoportret z aparatem.

Nasz bohater mieszkał przy Kronprinzenallee 1, czyli dzisiejszej Wita Stwosza, w okazałej willi, którą otrzymał w prezencie od rodziców. Tuż przed wojną Otto opuścił Gdańsk i wyjechał do Szwajcarii. Co ciekawe, dom nie został sprzedany, lecz opiekowała się nim do 1945 roku ciotka jednej z pokojówek. W spisie mieszkańców z 1942 roku Otto nadal widnieje jako właściciel.

Co sprawiło, że oliwska rodzina kupców bieliźnianych musiała opuścić Wolne Miasto Gdańsk? Może niewygodne wówczas dla władzy poglądy polityczne? Może pochodzenie?

- Otto Grimmer mógł być Żydem. W latach trzydziestych miasto opuściło miasto prawie  trzydzieści tysięcy mieszkańców wyznania Mojżeszowego.  To był wówczas główny nurt emigracji – mówi badacz dziejów gdańskich żydów Mieczysław Abramowicz. – Żeby mieć pewność trzeba by jednak zaglądnąć do spisu gdańskiej gminy żydowskiej.

Według Tomasza Struga, gospodarza portalu StaraOliwa.pl, nawet jeżeli Grimmer nie należał do gminy, na co wskazuje wiele zdjęć z okolic kościoła ewangelickiego, to jego rodzina mogła mieć żydowskie korzenie. To zaś wystarczyło, aby niepokoić się o swoją przyszłość. To że nie przynależał do gminy mogło zaś pomóc mu uratować majątek. Gdyby był żydem, to prawdopodobnie straciłby majątek jak rodzina Prinz, której kamienica stała przy dzisiejszej ul. Stary Rynek Oliwski 21 – tam gdzie do lat 90. XX wieku funkcjonowała kawiarnia Kon – Tiki.

W pierwszej połowie lat dwudziestych nikt z Grimmerów nie myślał jednak jeszcze o wyjeździe. Głowa rodziny szalała z aparatem po domu – dzięki czemu w albumie znalazła się spora kolekcja wnętrz mieszczańskich z tamtego okresu, na wakacjach i – co najcenniejsze, po miasteczku.

Oliwa była bowiem wówczas zupełnie inna niż dzisiaj. Na zdjęciach oglądamy niezabudowane parcele, domy, które nie istnieją od ponad pół wieku, czy ratusz. Bo druga połowa lat dwudziestych to okres, kiedy dzisiejsza dzielnica gdańska była samodzielnym miastem. Posiadającym własne szkoły, skomunikowanym z Gdańskiem pociągami i tramwajem i posiadającym dzielnice - Jelitkowo (Glettkau), Żabiankę (Poggenkrug) oraz Konradshammer, czyli dzisiejsze Przymorze. Oliwa posiadała kanalizację, własny dom zdrojowy w Jelitkowie, gazownię a nawet wybudowany w 1910 roku ratusz, który obsługiwał ponad 14 tysięcy mieszkańców.

W czasie kiedy Otto robił swoje zdjęcia, burmistrzem Oliwy był Herbert Creutzburg. Oliwska gmina przejęła właśnie na własność pałac opatów i przypałacowy park, z którym nie wiedziano co zrobić. Creutzburg nie był dobrym gospodarzem. Za jego kadencji stanęły inwestycje a kasa miasteczka świeciła pustkami.

- Herbert Creutzberg oraz niejaki Raube za pieniądze z gminnej kasy i z oszczędności mieszkańców oliwy, zgromadzonych w tutejszej Sparkasse, prowadzili ryzykowne transakcje handlowe, przez które zdefraudowali – astronomiczną w tamtych czasach sumę czterystu tysięcy guldenów. To właśnie przez to Oliwa stała się w 1926 roku częścią Gdańska, który wykupił jej długi – opowiada Tomasz Strug. – Paradoksalnie to, że album Grimmera pokrywa się czasowo z rządami Creutzburga, ma dodatkową wartość. Są to bowiem ostatnie zdjęcia Oliwy, która jeszcze była miastem.

Bartosz Gondek
31X2008

 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
 

oprowadza
Mieczysław Abramowicz

Z okazji 80 urodzin Güntera Grassa w 2007 roku zrealizowany został bardzo ciekawy projekt medialny. 
Oto fragment artykułu "Urodziny Grassa w Gdańsku" z Gazety Wyborczej.

Wyjątkowy prezent przygotowało dla jubilata Radio Gdańsk. Czteroodcinkowe słuchowisko śladami Güntera Grassa po Gdańsku to pomysł gdańskiego pisarza i historyka Mieczysława Abramowicza. Znalazły się w nim najważniejsze miejsca związane z życiem autora "Blaszanego bębenka" oraz bohaterów jego powieści. - Tak jak w utworach Grassa, i w naszym słuchowisku fikcja miesza się z jego życiem - opowiada Abramowicz. - Zaczynamy od pieszej wycieczki po Wrzeszczu, gdzie odwiedzimy kamienicę z czasów dzieciństwa pisarza, następnie przejedziemy się rikszą po Śródmieściu, nawiązując do fabuły "Wróżb kumaka". Ostatnia część to przejażdżka tramwajem do Brzeźna. Kolejne odcinki słuchowiska są skonstruowane w ten sposób, aby po nagraniu na przenośny odtwarzacz, ze słuchawkami w uszach odbyć rzeczywisty spacer, tak jakby się szło z przewodnikiem. 
Są one również dopełnieniem najnowszej książki Abramowicza "Gdańsk według Güntera Grassa", która niebawem trafi do księgarń. Opowieści Abramowicza będą przeplatane fragmentami prozy czytanymi przez: Halinę Winiarską, Krzysztofa Gordona (aktorów Teatru Wybrzeże) i Andrzeja Piszczatowskiego oraz dopełnione muzyką przygotowaną przez Małgorzatę Mazurkiewicz. Audycjom, które zostaną wyemitowane 2, 3 i 4 października, towarzyszyć będą specjalne dodatki spacerowe śladami noblisty po Gdańsku, wydane przez "Gazetę Wyborczą Trójmiasto".

Na szczęście ulotność audycji radiowych ratuje w dzisiejszych czasach internet i pozwala zachować takie perły.
Oto znaleziony w internecie odcinek dotyczący Oliwy. Miłego spaceru!

 
Grass_Oliwa
Okładka gazetowego wydania spaceru

 

 

O budynku stało się głośno 12 kwietnia 2008 po atrykule „Niemiecki właściciel chce zwrotu gdańskiej kamienicy” w Dzienniku Bałtyckim a następnie po licznych materiałach prasowych, radiowych i telewizyjnych.

Cała Polska śledziła proces sądowy o zwrot budynku spadkobiercom Augusta Lindhoffa.

Jak pisał Dziennik Bałtycki: W 1946 r. Sąd Grodzki w Gdańsku postanowił przywrócić Augustowi Lindhoffowi posiadanie nieruchomości, przy ul. Polanki 58, odebranej mu zaraz po wojnie. August Lindhoff zmarł w Gdańsku Oliwie 30 grudnia 1963 roku. Nieruchomość po nim odziedziczyli spadkobiercy mieszkający w Niemczech. W roku 1977 okazało się jednak, że administrator (szwagier A. Lindhoffa) nie jest w stanie utrzymać budynku. Decyzją prezydenta miasta Gdańska nieruchomość została przejęta w zarząd państwowy z uwagi na fakt porzucenia przez administratora prywatnego i braku innych osób sprawujących zarząd.
Wszystko ucichło do chwili, kiedy mieszkańcy kamienicy dostali tajemnicze pismo z żądaniem uregulowania czynszu. Pod pismem podpisany był pełnomocnik rodziny Lindhoff, byłego właściciela posesji. Miało to miejsce dopiero w 2002 roku
.

Okazało się, że zmarły 45 lat temu August Lindhoff nadal widnieje w księdze wieczystej i to stało się przyczyną pozwu o wydanie spadkobiercom nieruchomości przez dotychczasowego zarządcę czyli Gminę Gdańsk

Jako, że nawet mieszkający tam obecnie od kilkudziesięciu lat lokatorzy nie znają historii swojego domu, kilka słów na ten temat.

Według badacza oliwskich i gdańskich dziejów Franciszka Mamuszki, w miejscu tym mógł istnieć wcześniej Dwór VIII.
Zespół dworski, jak wszystkie inne dwory wzdłuż ulicy Polanki powstał w pierwszej połowie XVII wieku. 
Dwór VIII uległ likwidacji prawdopodobnie na początku wieku XIX.
Czas powstania obecnej budowli datuje się na połowę XIX wieku.
W pierwszej połowie XX wieku kamienica przeszła renowację prowadzoną przez działającą między 1921 a 1933 rokiem w Gdańsku firmę budowlaną "Rudolf Hoffmann jun.". Dobudowano wówczas szklaną wernandę.


"Białe Jagnię" od strony ogrodu.
fot. danzig-online.pl / FDG

Do 1945 roku w kamienicy mieściła się słynna gospoda „Weißes Lamm” - "Białe Jagnię”
Dr Mieczysław Orłowicz wymieniał w swoim "Przewodniku po Gdańsku, Oliwie i Sopotach" z 1921 roku „Weißes Lamm” jako jeden z głownych hoteli i miejsc noclegowych w Oliwie.

Wcześniej, około 1910 roku Bernhard Voss wymienia gospodę Lipkowskiego w przewodniku "Ostseebad und Luftkurort Oliva-Glettkau in Westprussen."

Pisał o tym miejscu również noblista Günter Grass w książce „Psie lata” należącej do jego słynnej, gdańskiej trylogii.

Kuzyn i Kuzynka chcieli, ponieważ powietrze było tak grudniowo przejrzyste, wybrać się do Lasu Oliwskiego i jeśli nie będzie do dla Tulli zbyt uciążliwe, dojść do Szwedzkiej Grobli. (…) Umówili się, że wysiądą przy Białym Jagnięciu. Zaraz za przystankiem Pokojowa (Fredensschluss – nazwa nadana na cześć pokoju oliwskiego - dzisiejsza ul Abrahama, przyp. autora) Tulla wstała i za plecami Harry’ego przepchała się między zimowymi paltami na tylny pomost. Wagon przyczepny nie dotarł jeszcze do wysepki przystanku Białe Jagnię – tak nazywał się popularny lokal wycieczkowy w pobliżu – gdy Tulla stanęła już na najniższym stopniu i zmrużyła oczy pod wiatr. (…) Poszli polną drogą, która koło gospody Białe Jagnię odchodziła pod kątem prostym od prościusieńkiej linii tramwajowej i prowadziła ku ciemnym, przycupniętym na wzgórzach lasom. Słońce świeciło ze staropanieńską ostrożnością. Odbywające się gdzieś pod Zaspą strzelenia ćwiczebne cętkowało popołudnie suchymi nieregularnymi kropkami. Lokal wycieczkowy Białe Jagnię był zamknięty pozasłaniany zabity gwoździami. Mówiono, że za przestępstwa gospodarcze – pokątny handel konserwami rybnymi – właściciela wsadzili do więzienia.

Przed II wojną światową właścicielem „Białego Jagnięcia” był August Lipkowski – kupiec, co potwierdza księga adresowa z 1937 roku. W Budynku była gospoda i artykuły kolonialne.


Danzig Einwohnerbuch 1937-1938

W tej samej księdze z 1942 roku widzimy już nazwisko Lindhoff, jednak jest to nadal ta sama osoba.


Danzig Einwohnerbuch 1942

Być może w wyniku nacisków lub z własnej woli August Lipkowski zmienił swoje polskobrzmiące nazwisko na niemieckie.

Jak już wiemy z prasy, w 1946 roku przywrócono Augustowi Lindhoffowi posiadanie nieruchomości przy ul. Polanki 58, odebranej mu zaraz po wojnie. August Linhoff zmarł w Gdańsku Oliwie 30 grudnia 1963 roku jako obywatel PRL.

Polanki_58_komparystyka

Porównanie stanu przedwojennego i z początku 2006 roku

O jego posiadłości pisze również przy okazji wydawnictwa „Spacer z Grassem” Gazety Wyborczej, Mieczysław Abramowicz:

Z przystanku tramwajowego Uniwersytet pojedziemy (rowerami) ul. Macierzy Szkolnej w kierunku ul. Polanki; przed skrzyżowaniem proszę się zatrzymać.
Po prawej stronie minęliśmy zniszczone ogrodzenie, a za nim chaszcze i wieloletnie krzaki, widok niezbyt miły. Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze do roku 1945 był tu dobrze zadbany ogród z utrzymanymi ze smakiem klombami i trawnikami, a pośród nich drewniane tarasy z wystawionymi stolikami. Tu bowiem mieściła się podleśna gospoda Weissem Lamm – Białe Jagnię, odwiedzana przez wszystkich, którzy wybierali się na spacer do Lasów Oliwskich lub z nich wracali.
Dziś z zabudowy dawnej gospody pozostał jeszcze tylko ten jeden dom, który widzimy.

Na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku mieścił się tu niewielki sklepik, do którego wasz dzisiejszy przewodnik wysyłany był przez mamę po mąkę i cukier.

 


Polanki_58_ogrod

"Białe Jagnię" od ogrodu. Kwiecień 2008

Porównując zdjęcia z czasów świetności gospody i wyglądu dzisiejszego budynku mieszkalnego (sic!) oraz ogrodu można wyrazić żal, że obecny stan nie świadczy dobrze o gospodarzach tego miejsca na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.

Tekst i zdjęcia współczesne:

Tomasz Strug
(IV 2008)

PS 30 XII 2009

Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał wyrok sądu niższej instancji nakazujący zwrot niemieckim spadkobiercom gdańskiej kamienicy, w której mieszka pięć rodzin. Zdecydował także, że przed przejęciem kamienicy spadkobiercy powinni oddać miastu Gdańsk nieco ponad 82 tysiące zł jako rekompensatę za wydatki poniesione na utrzymanie nieruchomości.

Sporny budynek i parcela decyzją gdańskiego sądu grodzkiego w 1946 roku przywrócone zostały Augustowi Lindhoffowi, który nieruchomość tę stracił tuż po wojnie. August Lindhoff zmarł w Gdańsku w 1963 r. Budynek po nim odziedziczyli spadkobiercy mieszkający w Niemczech. W 1977 roku okazało się, że administrujący kamienicą szwagier Lindhoffa nie jest w stanie jej utrzymać. Decyzją ówczesnego prezydenta Gdańska nieruchomość została przejęta w zarząd państwowy. Kilka lat temu pięciu krewnych Lindhoffa rozpoczęło starania o odzyskanie mienia. Zakończyły się one w 2007 r. postanowieniem Sądu Okręgowego w Gdańsku, który nakazał wydanie Niemcom nieruchomości, ale miasto się odwołało od tej decyzji.

 

Materiał z 2008 roku

 

Schwabenthal - Dolina Schwabego

„Był sobie kiedyś dwór w oliwskiej dolinie"  artykuł z czaspoisma 30dni nr 11(25) listopad 2000
Autor: Tadeusz T. Głuszko

Miejsce spotkania wyrzynającej się z oliwskich wzgórz Doliny Radości z wylotem Doliny Zgniłych Mostów nosiło do końca wojny nazwę Schwabenthal - Dolina Schwabego. Identycznie nazywano stojący w dolinie dwór. Po polsku mówiło się Dwór Schwabego. Wojna obeszła się z tym miejscem łaskawie. Za ludowej władzy posiadłość przy ulicy Bytowskiej 4 uległa daleko posuniętej dewastacji. W latach 70. przymierzano się nawet do postawienia tam wielkiej chlewni. Po malowniczej stodole, spichlerzu i innych budynkach gospodarczych w połowie lat 80. nie pozostał ślad. Nie remontowane zawaliły się i zarosły chwastami. Zanim to jednak nastąpiło, dawny majątek Schwabenthal pozostawał jednym z nielicznych na obszarze Gdańska zespołów dworskich o charakterze podmiejskiej posiadłości nie zeszpeconych powojennymi przebudowami.

boxl08_560_1899_1900

Dwór na przełomie XIX i XX wieku - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

W miejscu gdzie łączą się wody Potoku Oliwskiego i Prochowego już w XVI wieku istniał dwór z ogrodem, sadem i młynem. Dwór i ziemia należały do klasztoru oliwskich cystersów, młyn ze stawem do niejakiego Kacpra Jenischa. W1601 roku gdańszczanin Jakub Schwabe odkupił od Jenischa młyn oraz staw, a dziesięć lat później dokupił dwór z domkiem ogrodnika, ogrodem oraz ziemią uprawną. Nowy właściciel nie długo cieszył się podoliwską posiadłością. Popełnił samobójstwo w 1615 roku, kiedy wyszły na jaw ogromne malwersacje, jakich się dopuścił jako urzędnik miejski. Sprawa stała się głośna. Od nazwiska malwersanta na długo przyjęła się nazwa dworu oraz otaczającej go doliny. Posiadłość często zmieniała właścicieli. Do roku 1945 naliczyć ich można około dwudziestu. W latach 1801-1821 w Schwabenthal władał Jan Jerzy Junker. Należało do niego pięć włók i pięć morgów ziemi, ponadto dom mieszkalny, ogród, stodoła, spichlerz, stajnia oraz kuźnia miedzi z budynkiem mieszkalnym dla zatrudnionych w niej robotników. W1898 roku kolejnym właścicielem stał się drogą kupna Hugo Mrozek. Z kwerendy i analizy materiałów źródłowych wynika, że chociaż familia Mrozek opuściła na zawsze Schwabenthal w marcu 1945 roku, aż do 1959 roku posiadłość oficjalnie należała do nich. Stamtąd dowiadujemy się również nazwiska późniejszego właściciela. Zachowany do naszych czasów w stanie ruiny barokowy budynek dworu powstał najprawdopodobniej w połowie XVII wieku. Tworzy prostą i zwartą bryłę założoną na planie prostokąta, dwu-kondygnacyjną, nakrytą mansardowym da­chem.


Pozdrowienia ze "szwajcarskiej" doliny Schwabego - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

Jedyną ozdobą elewacji były niewyszukane w formie okiennice i drzwi wejściowe oraz drewniane profilowane gzymsy oplatające budynek poniżej dachu. We wnętrzu zachował się belkowany strop oraz mocno zniszczona sień z rokokową klatką schodową. W pomieszczeniach pierwszego piętra zabezpieczono stiuki ozdobione malowidłami. Najstarsza część budynku to głęboka XVI-wieczna piwnica z krzyżowym sklepieniem. Cennym uzupełnieniem zespołu były budynki gospodarcze posadowione na masywnych podmurówkach kamiennych, pokryte stromymi dwuspadowymi dachami opadającymi nisko prawie do ziemi. Park w stylu angielskim po strome północno-zachodniej założono w połowie XIX wieku prawdopodobnie na miejscu barokowego ogrodu.


Wjazd do dworu

Dwór jeszcze u schyłku lat sześćdziesiątych urzekał położeniem w cichej dolinie, proporcjami bryły oraz wspomnianymi budynkami krytymi holenderką i gontem. Posiadłość mogła wszelako przygnębiać rzucającym się w oczy nieładem oraz daleko posuniętymi zniszczeniami, w tamtych latach był to jednak widok normalny. Chętnych do wejścia na majdan i zwiedzenia wnętrz dworu przepędzano jak intruzów. Również nie wolno było rozstawiać sztalug na dworskiej łące, bo stanowiła własność prywatną ciętej na artystów właści­cielki. Dopiero w latach osiemdziesiątych wszedłem tam nie zatrzymywany. W dworze nikt już nie mieszkał. W tamtym czasie Pracownie Konserwacji Zabytków próbowały uczynić z Schwabenthal tzw. dom pracy twórczej. Rozpoczętą adaptację jednak zarzucono, pozostawiając niezabezpieczoną budowę przyrodzie, włóczęgom i narkomanom. Minęło parę lat. W tym roku nieoczekiwanie poznałem więcej niż siedemdziesięcioletnią panią Mariannę mieszkającą blisko Dworu Schwabego. Dzięki jej opowieści to miejsce staje się bardziej zrozumiałe i bliższe. W 1941 roku moja rozmówczyni została wywieziona ze Świecia na przymusowe roboty właśnie tu, do Schwabenthal.

Jak to na pograniczach bywało, ludzie tutejsi reprezentowali typy o rodowodach często bardzo przemieszanych. Tacy trochę Niemcy, trochę Polacy. Chcemy zatem czy nie, ich historia jest w dużej części i naszym dziedzictwem.


Kuźnia przy dworze

Przez długie lata właścicielom Schwabenthal dawały dochód plony pól oraz zyski z kuźni stojącej na miejscu dawnego młyna, przycupniętej do grobli spiętrzającej wodę w dworskim stawie. Po pożarze, jaki krótko po 1900 roku strawił kuźnicę, Hugo Mrozek urządził w dworze restaurację. Wśród gdańszczan rodziła się w tamtym czasie moda na spacery podmiejskimi lasami i odpoczynek w leśnych restauracjach. Mrozek trafił zatem w dziesiątkę. Wkrótce wystarczyło w Gdańsku powiedzieć: Schwabenthal bei Oliva i prawie każdy wiedział, o jaką dolinę, o jaki dwór i o jaką gospodę chodzi. Ukazało się nawet kilka pocztówek zachwalających to idylliczne miejsce na ziemi.

Dla gości przeznaczono cały parter, powiększony w latach dwudziestych o dwie werandy dobudowane do ścian szczytowych dworu, wykorzystywane w ciepłych miesiącach. Elsa Mrozek przejęła Schwabenthal po śmierci męża w 1913 roku. W latach II wojny światowej była około siedemdziesięcioletnią energiczną i dumną damą. Z niezamężną córką Edith zajmowała piętro dworu. Niemieckie służące, z traktowaną jak Niemka młodą Kaszubką Anną, mieszkały w pokoikach na poddaszu.

 

dwor

Po wybuchu wojnyw Schwabenthal jak i w innych majątkach i większych gospodarstwach pojawili się robotnicy przymusowi. U Elsy zamieszkali w dawnym budynku pracowników kuźni, stojącym za dworskim stawem. Marianna z innymi Polkami zajmowała jeden koniec baraku, w drugim mieszkali dwaj chłopcy wywiezieni z Wilna oraz Kaszub Kolasa, mężczyzna dorosły, posiadający własną rodzinę. Kolasa znał niemiecki i najczęściej to on tłumaczył polecenia pani Mrozek i jej zarządcy Boćka. Przy Kolasie nie można było za dużo mówić. Za bardzo nadskakiwał Niemcom. W Schwabenthal zapewniono Polakom harówę od rana do wieczora. Najczęściej pracowali w polu. A grunty Frau Mrozek to prawie cala dzisiejsza Dolina Zgniłych Mostów z terenami zajętymi przez ogródki działkowe. Zimą dziewczyny darły pierze w jako tako ogrzanej „buchcie” na poddaszu obok klitki zajmowanej przez pokojówkę Lisbethę, albo zarządca Bock odsyłał je do szopy blisko stajni, gdzie piłowały drewno. Bock to był służbista. Nawet na chwilę nie pozwalał się rozprostować. A pracowały przecież za nic. Za samo jedzenie. Do domów na święta musiały jeździć za własne pieniądze. Nawet roboczego ubrania nikt im tu nie dał.

W niedziele dziedziczka zatrudniała dziewczyny w kuchni na piętrze, gdzie pomywały naczynia po gościach odwiedzających gospodę. Nienawidziły tej pracy. Jeszcze przed wojną była to normalna gospoda z ciepłymi posiłkami i wyszynkiem. W latach wojny była to tylko cukiernia. Gościom serwowano słynne na cały Gdańsk wyroby tutejszej kuchni: wafle, ciasta i torty podawane z kawą albo herbatą. Obsługiwała ich najęta przez Elsę Niemka Traute, ona też sprzątała pomieszczenia restauracyjne. W ciepłe dni, kiedy nawet na we­randach brakowało miejsca, dostawiała stoły na zewnątrz. Goście chętnie obsiadali duży kamienny stół stojący od strony parku. Cukiernię Elsy Mrozek odwiedzały w latach wojny najczęściej same kobiety, „stare kaffetanten”, jak je nazywała Marianna. Mężczyźni zajęci byli bowiem walką o Wielkie Niemcy. Musiało przychodzić tych dam nie mało, skoro dziewczyny nie raz pomywały do późnego wieczora. Ile razy prosiły o deszcz, żeby jak najmniej „przeklętych bab” nawiedzało ich Schwaben-thal! Kuchnia na piętrze to królestwo kucharki Anny. Tylko ona przyznawała się w dworze do znajomości polskiego i czasem tłumaczyła polecenia zarządcy Boćka oraz Frau Mrozek. Anna gotowała także dla Polaków. Jedzenie było nawet niezłe. Marianna mimo to dokarmiała się żywnością przysyłaną z domu. Paczki dochodziły do Schwabenthal nie za często i nie wszyscy Polacy je dostawali. Byli młodzi i mieli apetyty. Skoro zatem udało im się podpatrzyć, że jakaś kura znosi jajka w mrocznym zakątku spichrza, podkradali je i dzielili między siebie. Zrozumiałe, że robotnicy nie jadali z „państwem”. Frau Mrozek wyznaczyła im osobną stołówkę w pomieszczeniu obok stajni. Śpieszyli się z jedzeniem, bo muchy nie próżnowały. Dumna Elsa była szczupłą damą średniego wzrostu. Nie pospolitowała się bezpośrednimi kontaktami z Polakami. Jakkolwiek wymagała bezwzględnego posłuszeństwa, nie była najgorszą „Niemrą”. Nigdy nie straszyła odesłaniem na gestapo, nie wyzywała, nie wymierzała upokarzających kar. Kiedy jednak Mariannie zaczęły psuć się zęby, nie puściła jej do dentysty.

Nadszedł marzec 1945 roku. Gdzieś blisko Doliny Schwabego działy się okropności, których sensu chyba nikt w dworze nie rozumiał. W normalnych warunkach Elsa i Edith świętowałyby za kilka dni niemieckie Ostern. Również Marianna i inni Polacy w normalnych warunkach może wyjechaliby, jak co roku, na kilka dni do domów nacieszyć się polską Wielkanocą, spotkać najbliższych i trochę wypocząć. Mieszkający blisko młody Herr Mrozek w tym świątecznym czasie na pewno odwiedziłby z żoną i synami matkę i siostrę. Wszystko wskazywało, że stanie się tak mimo coraz wyraźniejszych odgłosów frontowej kanonady przynaglającej wielu oliwian do pośpiesznej ewakuacji na zachód. Mimo nadciągającej w zawrotnym tempie nawały bolszewickiej, w Dworze Schwabego dni upływały w dawno ustalonym rytmie. Anna, jak co roku, zajęta była szykowaniem świątecznych przysmaków na stoły właścicielek dworu i ich gości. Lisbetha myła okna i szorowała podłogi. Traute każdego dnia szykowała salę restauracyjną na przyjęcie stałych bywalczyń.

 

dwor1

24 marca wieczorem wydawało się jednak pewne, że coś się kończy, że najdalej następnego dnia rosyjscy żołnierze przetoczą ciężki walec historii przez ciche i spokojne Schwabenthal. Błyski i grzmoty wystrzałów dochodziły już zza okolicznych wzgórz. Nocy jak tamta nigdy tutaj nie było. Płonące cygara katiusz przelatywały gwiżdżąc nad doliną. Wystarczyłoby jedno, by zmieść z powierzchni ziemi barak stojący nad pomłyńskim stawem. Około czwartej nad ranem Marianna zdecydowała się przekroczyć zakaz samowolnego wchodzenia do dworu. Kryjąc głowę w ramionach przebiegła z innymi Polakami groblę dzielącą od dworskiego majdanu. Drzwi dworu były otwarte. Zbiegli co tchu do piwnicy przygotowani na wymówki. Ujrzeli tam tylko przestraszoną Annę. Dowiedzieli się, że Elsa i Edith zabrały z niemieckimi służącymi najniezbędniejsze rzeczy i nocą opuściły Schwabenthal. Po chwili usłyszeli ruch na majdanie. Oczekiwali najgorszego. Mogła to być niemiecka odsiecz albo Rosjanie. Do piwnicy zaraz wbiegli niewysocy, niechlujnie ubrani mężczyźni. Byli bardzo młodzi. Rozglądali się nerwowo. Lufy pepesz połyskiwały gotowe do strzału. „Paliaki?! Giermańcy?!” - krzyknęli. Wypadki pobiegły wartko po sobie. Rosjanie zaraz zagonili jednego z chłopców do obrywania instalacji elektrycznej ze ścian. Inny musiał próbować znalezione produkty żywnościowe, czy nie były zatrute. Annę zawlekli w kąt i gwałcili. Po niedługim czasie przyszedł jakiś starszyna i kazał się wszystkim wynosić, by dać miejsce dla rannych. Dziewczyny i Kolasę pognano za las do jakiegoś gospo­darstwa, gdzie było już więcej Polaków. Chłopców z Wilna nie poprowadzono z nimi. Niewykluczone, że postawili się Rosjanom i zostali zabici. Przez dwa dni nie można było się nigdzie ruszyć. Trzeciego rano okazało się, że nie ma rosyjskich wartowników. Pewnie pobiegli za frontem, który potoczył się dalej na zachód.

Dla Marianny wojna się skończyła. Wróciła do domu. W rodzinnym Świeciu wytrzymała raptem rok. Na Zielone Świątki 1946 roku była już z powrotem w podgdańskiej dolinie Schwabenthal, gdzie w latach 1941-1945 „zmarnowała najlepsze lata młodości”. Zbyt „szwabska” Dolina Schwabego utraciła swoją historyczną nazwę. Została pochłonięta przez Dolinę Radości, nazywającą się bardziej swojsko. Ta nazwa bardzo pasowała Mariannie. Do radości miała bowiem dużo powodów. Nie było wojny. Wyszła za mąż. Męża poznała właśnie tu, na „robotach”. Dlaczego tutaj wrócili? Mąż zadecydował. Zajęli nieduże mieszkanko obok czynnej do dzisiaj kuźni wodnej, poniżej posiadłości pań Mrozek. W tej kuźni mąż Marianny dostał pracę. Wyrabiał jakieś narzędzia rolnicze. Tymczasem po opuszczonym Dworze Schwabego została sama nazwa. Przestał być majątkiem w dawnym stylu. Stał się niszczejącym „poniemieckim” gospodarstwem z nowym gospodarzem nie bardzo rozumiejącym, gdzie mieszka i gospodaruje. Nowy właściciel wynajął część pomieszczeń różnym ludziom zagnanym przez historię z całej Polski. Duże pokoje zaczęto dzielić na mniejsze. Ściany dworu zaczął zżerać nie znany „za Niemca” grzyb. Niedostatecznie doglądane zabudowania popadały w ruinę. W jednej z werand na kilka lat urządzono farbiarnię. Potem suszono w niej zioła. W drugiej trzymano jakieś narzędzia i inne rupiecie. Z niekonserwowanej stolarki osypywały się płaty poniemieckiej farby. Wszystko traciło dawny blask.

Pod koniec lat sześćdziesiątych niespodziewanie odwiedziła dom przy Bytowskiej córka Elsy, Edith, z bratankiem i kilkoma innymi Niemcami. Okazało się wtedy, że nieźle sobie radzi po polsku. Niewykluczone, że znała ten język również jej matka. Nastąpiło spotkanie dawnej właścicielki z nową panią. Nowa pani właśnie wychodziła przed oborę z wiadrami świeżo wydojonego mleka. Ostatnia wojna zabrała tej kobiecie kilka bliskich osób. Po jakimś powitaniu i prezentacji z ust nowej właścicielki wylał się głośny potok słów. Niewiasta w kilku rozbudowanych zdaniach dotknęła wielu wątków. Edith usłyszała i to, kto teraz rządzi na nie jej ziemi i w nie jej domu i że tą władzą ani myśli się z Niemką dzielić. Wizyta była krótka jak u dobrego lekarza. Edith zrozumiała, że nigdy do Schwabenthal nie wróci.

Nigdy. Bo Schwabenthal już nie ma. Kilka lat później odeszła i powojenna pani. Nie dostała zezwolenia na postawienie wielkiego chlewu, to i nie miała co tutaj robić. Gdzie nie spojrzeć, wszystko się waliło. Przeniosła się do bloków.

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Jak dziś wygląda to miejsce możesz zobaczyć tutaj
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor: Piotr Leżyński

o_firmie_historia2
dr August Oetker

Początek firmy datuje się na 1881 rok. Wkrótce jej właściciel, niemiecki aptekarz dr August Oetker pochodzący z Bielefeld wraz z żoną Karoliną wynalazł proszek do pieczenia nazwany "Backin", który cieszył się dużym powodzeniem wśród tamtejszych gospodyń domowych. Na początku lat 20 najprawdopodobniej ze względów gospodarczych, jakie panowały wówczas w Wolnym Mieście Gdańsku i dużym rozwijającym się rynkiem Polskim utworzył on w Oliwie w 1922 roku jedną z wielu filii zakładu, które od 1908 roku powstawały w całej europie ( m.in. Austrii, Holandii, Belgii, Luksemburgu, Danii, Norwegii, Włoszech, Francji i Szwajcarii ).

  1. Najnowsze
  2. Oceniane
  3. Komentarze

Kalendarium tekstów

« Marzec 2017 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31