Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Pamiętaj mnie

Zarejestruj się

Pola oznaczone (*) są wymagane.
Nazwa użytkownika *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
Administrator

Administrator

Schwabenthal - Dolina Schwabego

?Był sobie kiedyś dwór w oliwskiej dolinie"  artykuł z czaspoisma 30dni nr 11(25) listopad 2000
Autor: Tadeusz T. Głuszko

Miejsce spotkania wyrzynającej się z oliwskich wzgórz Doliny Radości z wylotem Doliny Zgniłych Mostów nosiło do końca wojny nazwę Schwabenthal - Dolina Schwabego. Identycznie nazywano stojący w dolinie dwór. Po polsku mówiło się Dwór Schwabego. Wojna obeszła się z tym miejscem łaskawie. Za ludowej władzy posiadłość przy ulicy Bytowskiej 4 uległa daleko posuniętej dewastacji. W latach 70. przymierzano się nawet do postawienia tam wielkiej chlewni. Po malowniczej stodole, spichlerzu i innych budynkach gospodarczych w połowie lat 80. nie pozostał ślad. Nie remontowane zawaliły się i zarosły chwastami. Zanim to jednak nastąpiło, dawny majątek Schwabenthal pozostawał jednym z nielicznych na obszarze Gdańska zespołów dworskich o charakterze podmiejskiej posiadłości nie zeszpeconych powojennymi przebudowami.

boxl08_560_1899_1900

Dwór na przełomie XIX i XX wieku - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

W miejscu gdzie łączą się wody Potoku Oliwskiego i Prochowego już w XVI wieku istniał dwór z ogrodem, sadem i młynem. Dwór i ziemia należały do klasztoru oliwskich cystersów, młyn ze stawem do niejakiego Kacpra Jenischa. W1601 roku gdańszczanin Jakub Schwabe odkupił od Jenischa młyn oraz staw, a dziesięć lat później dokupił dwór z domkiem ogrodnika, ogrodem oraz ziemią uprawną. Nowy właściciel nie długo cieszył się podoliwską posiadłością. Popełnił samobójstwo w 1615 roku, kiedy wyszły na jaw ogromne malwersacje, jakich się dopuścił jako urzędnik miejski. Sprawa stała się głośna. Od nazwiska malwersanta na długo przyjęła się nazwa dworu oraz otaczającej go doliny. Posiadłość często zmieniała właścicieli. Do roku 1945 naliczyć ich można około dwudziestu. W latach 1801-1821 w Schwabenthal władał Jan Jerzy Junker. Należało do niego pięć włók i pięć morgów ziemi, ponadto dom mieszkalny, ogród, stodoła, spichlerz, stajnia oraz kuźnia miedzi z budynkiem mieszkalnym dla zatrudnionych w niej robotników. W1898 roku kolejnym właścicielem stał się drogą kupna Hugo Mrozek. Z kwerendy i analizy materiałów źródłowych wynika, że chociaż familia Mrozek opuściła na zawsze Schwabenthal w marcu 1945 roku, aż do 1959 roku posiadłość oficjalnie należała do nich. Stamtąd dowiadujemy się również nazwiska późniejszego właściciela. Zachowany do naszych czasów w stanie ruiny barokowy budynek dworu powstał najprawdopodobniej w połowie XVII wieku. Tworzy prostą i zwartą bryłę założoną na planie prostokąta, dwu-kondygnacyjną, nakrytą mansardowym da­chem.


Pozdrowienia ze "szwajcarskiej" doliny Schwabego - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

Jedyną ozdobą elewacji były niewyszukane w formie okiennice i drzwi wejściowe oraz drewniane profilowane gzymsy oplatające budynek poniżej dachu. We wnętrzu zachował się belkowany strop oraz mocno zniszczona sień z rokokową klatką schodową. W pomieszczeniach pierwszego piętra zabezpieczono stiuki ozdobione malowidłami. Najstarsza część budynku to głęboka XVI-wieczna piwnica z krzyżowym sklepieniem. Cennym uzupełnieniem zespołu były budynki gospodarcze posadowione na masywnych podmurówkach kamiennych, pokryte stromymi dwuspadowymi dachami opadającymi nisko prawie do ziemi. Park w stylu angielskim po strome północno-zachodniej założono w połowie XIX wieku prawdopodobnie na miejscu barokowego ogrodu.


Wjazd do dworu

Dwór jeszcze u schyłku lat sześćdziesiątych urzekał położeniem w cichej dolinie, proporcjami bryły oraz wspomnianymi budynkami krytymi holenderką i gontem. Posiadłość mogła wszelako przygnębiać rzucającym się w oczy nieładem oraz daleko posuniętymi zniszczeniami, w tamtych latach był to jednak widok normalny. Chętnych do wejścia na majdan i zwiedzenia wnętrz dworu przepędzano jak intruzów. Również nie wolno było rozstawiać sztalug na dworskiej łące, bo stanowiła własność prywatną ciętej na artystów właści­cielki. Dopiero w latach osiemdziesiątych wszedłem tam nie zatrzymywany. W dworze nikt już nie mieszkał. W tamtym czasie Pracownie Konserwacji Zabytków próbowały uczynić z Schwabenthal tzw. dom pracy twórczej. Rozpoczętą adaptację jednak zarzucono, pozostawiając niezabezpieczoną budowę przyrodzie, włóczęgom i narkomanom. Minęło parę lat. W tym roku nieoczekiwanie poznałem więcej niż siedemdziesięcioletnią panią Mariannę mieszkającą blisko Dworu Schwabego. Dzięki jej opowieści to miejsce staje się bardziej zrozumiałe i bliższe. W 1941 roku moja rozmówczyni została wywieziona ze Świecia na przymusowe roboty właśnie tu, do Schwabenthal.

Jak to na pograniczach bywało, ludzie tutejsi reprezentowali typy o rodowodach często bardzo przemieszanych. Tacy trochę Niemcy, trochę Polacy. Chcemy zatem czy nie, ich historia jest w dużej części i naszym dziedzictwem.


Kuźnia przy dworze

Przez długie lata właścicielom Schwabenthal dawały dochód plony pól oraz zyski z kuźni stojącej na miejscu dawnego młyna, przycupniętej do grobli spiętrzającej wodę w dworskim stawie. Po pożarze, jaki krótko po 1900 roku strawił kuźnicę, Hugo Mrozek urządził w dworze restaurację. Wśród gdańszczan rodziła się w tamtym czasie moda na spacery podmiejskimi lasami i odpoczynek w leśnych restauracjach. Mrozek trafił zatem w dziesiątkę. Wkrótce wystarczyło w Gdańsku powiedzieć: Schwabenthal bei Oliva i prawie każdy wiedział, o jaką dolinę, o jaki dwór i o jaką gospodę chodzi. Ukazało się nawet kilka pocztówek zachwalających to idylliczne miejsce na ziemi.

Dla gości przeznaczono cały parter, powiększony w latach dwudziestych o dwie werandy dobudowane do ścian szczytowych dworu, wykorzystywane w ciepłych miesiącach. Elsa Mrozek przejęła Schwabenthal po śmierci męża w 1913 roku. W latach II wojny światowej była około siedemdziesięcioletnią energiczną i dumną damą. Z niezamężną córką Edith zajmowała piętro dworu. Niemieckie służące, z traktowaną jak Niemka młodą Kaszubką Anną, mieszkały w pokoikach na poddaszu.

 

dwor

Po wybuchu wojnyw Schwabenthal jak i w innych majątkach i większych gospodarstwach pojawili się robotnicy przymusowi. U Elsy zamieszkali w dawnym budynku pracowników kuźni, stojącym za dworskim stawem. Marianna z innymi Polkami zajmowała jeden koniec baraku, w drugim mieszkali dwaj chłopcy wywiezieni z Wilna oraz Kaszub Kolasa, mężczyzna dorosły, posiadający własną rodzinę. Kolasa znał niemiecki i najczęściej to on tłumaczył polecenia pani Mrozek i jej zarządcy Boćka. Przy Kolasie nie można było za dużo mówić. Za bardzo nadskakiwał Niemcom. W Schwabenthal zapewniono Polakom harówę od rana do wieczora. Najczęściej pracowali w polu. A grunty Frau Mrozek to prawie cala dzisiejsza Dolina Zgniłych Mostów z terenami zajętymi przez ogródki działkowe. Zimą dziewczyny darły pierze w jako tako ogrzanej ?buchcie? na poddaszu obok klitki zajmowanej przez pokojówkę Lisbethę, albo zarządca Bock odsyłał je do szopy blisko stajni, gdzie piłowały drewno. Bock to był służbista. Nawet na chwilę nie pozwalał się rozprostować. A pracowały przecież za nic. Za samo jedzenie. Do domów na święta musiały jeździć za własne pieniądze. Nawet roboczego ubrania nikt im tu nie dał.

W niedziele dziedziczka zatrudniała dziewczyny w kuchni na piętrze, gdzie pomywały naczynia po gościach odwiedzających gospodę. Nienawidziły tej pracy. Jeszcze przed wojną była to normalna gospoda z ciepłymi posiłkami i wyszynkiem. W latach wojny była to tylko cukiernia. Gościom serwowano słynne na cały Gdańsk wyroby tutejszej kuchni: wafle, ciasta i torty podawane z kawą albo herbatą. Obsługiwała ich najęta przez Elsę Niemka Traute, ona też sprzątała pomieszczenia restauracyjne. W ciepłe dni, kiedy nawet na we­randach brakowało miejsca, dostawiała stoły na zewnątrz. Goście chętnie obsiadali duży kamienny stół stojący od strony parku. Cukiernię Elsy Mrozek odwiedzały w latach wojny najczęściej same kobiety, ?stare kaffetanten?, jak je nazywała Marianna. Mężczyźni zajęci byli bowiem walką o Wielkie Niemcy. Musiało przychodzić tych dam nie mało, skoro dziewczyny nie raz pomywały do późnego wieczora. Ile razy prosiły o deszcz, żeby jak najmniej ?przeklętych bab? nawiedzało ich Schwaben-thal! Kuchnia na piętrze to królestwo kucharki Anny. Tylko ona przyznawała się w dworze do znajomości polskiego i czasem tłumaczyła polecenia zarządcy Boćka oraz Frau Mrozek. Anna gotowała także dla Polaków. Jedzenie było nawet niezłe. Marianna mimo to dokarmiała się żywnością przysyłaną z domu. Paczki dochodziły do Schwabenthal nie za często i nie wszyscy Polacy je dostawali. Byli młodzi i mieli apetyty. Skoro zatem udało im się podpatrzyć, że jakaś kura znosi jajka w mrocznym zakątku spichrza, podkradali je i dzielili między siebie. Zrozumiałe, że robotnicy nie jadali z ?państwem?. Frau Mrozek wyznaczyła im osobną stołówkę w pomieszczeniu obok stajni. Śpieszyli się z jedzeniem, bo muchy nie próżnowały. Dumna Elsa była szczupłą damą średniego wzrostu. Nie pospolitowała się bezpośrednimi kontaktami z Polakami. Jakkolwiek wymagała bezwzględnego posłuszeństwa, nie była najgorszą ?Niemrą?. Nigdy nie straszyła odesłaniem na gestapo, nie wyzywała, nie wymierzała upokarzających kar. Kiedy jednak Mariannie zaczęły psuć się zęby, nie puściła jej do dentysty.

Nadszedł marzec 1945 roku. Gdzieś blisko Doliny Schwabego działy się okropności, których sensu chyba nikt w dworze nie rozumiał. W normalnych warunkach Elsa i Edith świętowałyby za kilka dni niemieckie Ostern. Również Marianna i inni Polacy w normalnych warunkach może wyjechaliby, jak co roku, na kilka dni do domów nacieszyć się polską Wielkanocą, spotkać najbliższych i trochę wypocząć. Mieszkający blisko młody Herr Mrozek w tym świątecznym czasie na pewno odwiedziłby z żoną i synami matkę i siostrę. Wszystko wskazywało, że stanie się tak mimo coraz wyraźniejszych odgłosów frontowej kanonady przynaglającej wielu oliwian do pośpiesznej ewakuacji na zachód. Mimo nadciągającej w zawrotnym tempie nawały bolszewickiej, w Dworze Schwabego dni upływały w dawno ustalonym rytmie. Anna, jak co roku, zajęta była szykowaniem świątecznych przysmaków na stoły właścicielek dworu i ich gości. Lisbetha myła okna i szorowała podłogi. Traute każdego dnia szykowała salę restauracyjną na przyjęcie stałych bywalczyń.

 

dwor1

24 marca wieczorem wydawało się jednak pewne, że coś się kończy, że najdalej następnego dnia rosyjscy żołnierze przetoczą ciężki walec historii przez ciche i spokojne Schwabenthal. Błyski i grzmoty wystrzałów dochodziły już zza okolicznych wzgórz. Nocy jak tamta nigdy tutaj nie było. Płonące cygara katiusz przelatywały gwiżdżąc nad doliną. Wystarczyłoby jedno, by zmieść z powierzchni ziemi barak stojący nad pomłyńskim stawem. Około czwartej nad ranem Marianna zdecydowała się przekroczyć zakaz samowolnego wchodzenia do dworu. Kryjąc głowę w ramionach przebiegła z innymi Polakami groblę dzielącą od dworskiego majdanu. Drzwi dworu były otwarte. Zbiegli co tchu do piwnicy przygotowani na wymówki. Ujrzeli tam tylko przestraszoną Annę. Dowiedzieli się, że Elsa i Edith zabrały z niemieckimi służącymi najniezbędniejsze rzeczy i nocą opuściły Schwabenthal. Po chwili usłyszeli ruch na majdanie. Oczekiwali najgorszego. Mogła to być niemiecka odsiecz albo Rosjanie. Do piwnicy zaraz wbiegli niewysocy, niechlujnie ubrani mężczyźni. Byli bardzo młodzi. Rozglądali się nerwowo. Lufy pepesz połyskiwały gotowe do strzału. ?Paliaki?! Giermańcy?!? - krzyknęli. Wypadki pobiegły wartko po sobie. Rosjanie zaraz zagonili jednego z chłopców do obrywania instalacji elektrycznej ze ścian. Inny musiał próbować znalezione produkty żywnościowe, czy nie były zatrute. Annę zawlekli w kąt i gwałcili. Po niedługim czasie przyszedł jakiś starszyna i kazał się wszystkim wynosić, by dać miejsce dla rannych. Dziewczyny i Kolasę pognano za las do jakiegoś gospo­darstwa, gdzie było już więcej Polaków. Chłopców z Wilna nie poprowadzono z nimi. Niewykluczone, że postawili się Rosjanom i zostali zabici. Przez dwa dni nie można było się nigdzie ruszyć. Trzeciego rano okazało się, że nie ma rosyjskich wartowników. Pewnie pobiegli za frontem, który potoczył się dalej na zachód.

Dla Marianny wojna się skończyła. Wróciła do domu. W rodzinnym Świeciu wytrzymała raptem rok. Na Zielone Świątki 1946 roku była już z powrotem w podgdańskiej dolinie Schwabenthal, gdzie w latach 1941-1945 ?zmarnowała najlepsze lata młodości?. Zbyt ?szwabska? Dolina Schwabego utraciła swoją historyczną nazwę. Została pochłonięta przez Dolinę Radości, nazywającą się bardziej swojsko. Ta nazwa bardzo pasowała Mariannie. Do radości miała bowiem dużo powodów. Nie było wojny. Wyszła za mąż. Męża poznała właśnie tu, na ?robotach?. Dlaczego tutaj wrócili? Mąż zadecydował. Zajęli nieduże mieszkanko obok czynnej do dzisiaj kuźni wodnej, poniżej posiadłości pań Mrozek. W tej kuźni mąż Marianny dostał pracę. Wyrabiał jakieś narzędzia rolnicze. Tymczasem po opuszczonym Dworze Schwabego została sama nazwa. Przestał być majątkiem w dawnym stylu. Stał się niszczejącym ?poniemieckim? gospodarstwem z nowym gospodarzem nie bardzo rozumiejącym, gdzie mieszka i gospodaruje. Nowy właściciel wynajął część pomieszczeń różnym ludziom zagnanym przez historię z całej Polski. Duże pokoje zaczęto dzielić na mniejsze. Ściany dworu zaczął zżerać nie znany ?za Niemca? grzyb. Niedostatecznie doglądane zabudowania popadały w ruinę. W jednej z werand na kilka lat urządzono farbiarnię. Potem suszono w niej zioła. W drugiej trzymano jakieś narzędzia i inne rupiecie. Z niekonserwowanej stolarki osypywały się płaty poniemieckiej farby. Wszystko traciło dawny blask.

Pod koniec lat sześćdziesiątych niespodziewanie odwiedziła dom przy Bytowskiej córka Elsy, Edith, z bratankiem i kilkoma innymi Niemcami. Okazało się wtedy, że nieźle sobie radzi po polsku. Niewykluczone, że znała ten język również jej matka. Nastąpiło spotkanie dawnej właścicielki z nową panią. Nowa pani właśnie wychodziła przed oborę z wiadrami świeżo wydojonego mleka. Ostatnia wojna zabrała tej kobiecie kilka bliskich osób. Po jakimś powitaniu i prezentacji z ust nowej właścicielki wylał się głośny potok słów. Niewiasta w kilku rozbudowanych zdaniach dotknęła wielu wątków. Edith usłyszała i to, kto teraz rządzi na nie jej ziemi i w nie jej domu i że tą władzą ani myśli się z Niemką dzielić. Wizyta była krótka jak u dobrego lekarza. Edith zrozumiała, że nigdy do Schwabenthal nie wróci.

Nigdy. Bo Schwabenthal już nie ma. Kilka lat później odeszła i powojenna pani. Nie dostała zezwolenia na postawienie wielkiego chlewu, to i nie miała co tutaj robić. Gdzie nie spojrzeć, wszystko się waliło. Przeniosła się do bloków.

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Jak dziś wygląda to miejsce możesz zobaczyć tutaj
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor: Piotr Leżyński

o_firmie_historia2
dr August Oetker

Początek firmy datuje się na 1881 rok. Wkrótce jej właściciel, niemiecki aptekarz dr August Oetker pochodzący z Bielefeld wraz z żoną Karoliną wynalazł proszek do pieczenia nazwany "Backin", który cieszył się dużym powodzeniem wśród tamtejszych gospodyń domowych. Na początku lat 20 najprawdopodobniej ze względów gospodarczych, jakie panowały wówczas w Wolnym Mieście Gdańsku i dużym rozwijającym się rynkiem Polskim utworzył on w Oliwie w 1922 roku jedną z wielu filii zakładu, które od 1908 roku powstawały w całej europie ( m.in. Austrii, Holandii, Belgii, Luksemburgu, Danii, Norwegii, Włoszech, Francji i Szwajcarii ).

Artykuł "Tajemnica ulicy Spacerowej" ukazał się  15 marca 2009. Publikujemy dzięki uprzejmości portalu trojmiasto.pl.

Nazwy ulic Oliwy (w ówczesnych granicach dzielnicy) obowiązujce do 1945 roku.



drzymalyEmaliowana tablica z ul. Drzymały

Abrahama Friedensschluss
Arkońska Stralsunder Straße
Asnyka Albertstraße
Bażyńskiego Hebbelstraße
Beniowskiego Blücherstraße
Bitwy Oliwskiej Lerchenfeld
Bora Komorowskiego Sasper Weg / Colbatzer Straße (od 1937)
Bytowska Schwabental
Ceynowy Elisenstraße
Chłopska Konradshammer
Cystersów Klosterstraße
Czerwony Dwór Rothöferweg
Czyżewskiego Ludolfiner Weg
Derdowskiego Jagowstraße
Dickmana Oetkerstraße
Droszyńskiego Zimmerstraße
Drożyny Herman-Loens-Weg
Drzymały Bülowstraße
Dworcowy Pl. Bahnhofsvorplatz
Flisacka Gartenstraße
Głogowska Arno-Holz-Weg
Grottgera Lessingstraße
Grunwaldzka Zoppoter Chaussee (w kierunku Sopotu)
Danziger Chaussee  (w kierunku Gdańska)
od 2 IX 1933 całość - Adolf-Hitler-Straße
Husa Hardenbergstraße
Kaprów Gneisenaustraße
Karwieńska Strauchmühler Weg
Kasprowicza Schillerstraße
Kołobrzeska Lübeckstraße
Kościerska Schäfereiweg
Kręckiego Schönstraße
Krzywoustego Fürstliche Aussicht
Kuźnia Wodna Wasserschmiede
Kwietna Rosengasse / Olivaer Rosengarten (od 1937)
Leśna Waldstraße
Lęborska Bremer Straße
Liczmańskiego Jahnstraße
Majkowskiego Dultzstraße
Miraua Scharnhorststraße
Mściwoja II Güntershofer-Promenade
Noakowskiego Heimstätte (razem z dzisiejszą ul. Zacisze)
Obrońców Westerplatte Georgstraße
Ogrodowa Alfredstraße
Opacka Saltzmannstraße
Opata Rybińskiego Am Schlossgarten
Orkana Winterbergstraße
Pelplińska Fliederstraße
Poczty Gdańskiej Bahnstraße
Podhalańska Bergstraße, następnie zmieniona na Am Wächterberg
Polanki Pelonkerweg
Pomorska Seestraße
Poznańska Lützowstraße
Sambora Körnerstraße
Słoneczna Ottostraße
Słowiańska Humboldstraße
Słupska Greifswalder Straße
Solikowskiego Hamburger Straße
Spacerowa Kölner Chaussee - południowo - wschodni odcinek
Renneberg - pozostała częśc ulicy
Stary Rynek Oliwski Am Markt
Subisława Bachstraße
Szczecińska Stettinerstraße
Śląska Konradstraße
Świętopełka Yorkstraße
Tatrzańska Am Karlsberg
Tetmajera Goethestraße
Wąsowicza Steinstraße
Wiatraczna Mühlenhof
Wiatraczna Mühlenhofer Weg
Wiejska Am Kleinkrug
Witkiewicza Paulastraße
Wita Stwosza Kronprinzallee
Zacisze Heimstätte (razem z dzisiejszą ul. Noakowskiego)
Zajęcza Am Hasenwinkel
Zgody I Daheimweg
Żeromskiego Försterstraße
n.e. Arndtstraße
n.e. Fichtestraße
n.e. Frishwasser


Zobacz zdjęcia dawnych ulic Oliwy

Mapa dzisiejszej Oliwy



Wyświetl większą mapę

 

Urodził się w Oliwie. Wielu twierdzi, że dzięki niemu odzyskało zdrowie. Wielu sądzi, że mimo śmierci, wciąż działają jego uzdrowicielskie moce. Inni oskarżaja go o stworznie sekty. Bruno Gröning - uzdrowiciel z Oliwy.

Historia tej kontrowersyjnej postaci zaczyna się 31 maja 1906 roku w Oliwie. Wtedy to w domu przy ulicy Czyżewskiego 19 (Ludolfiner Weg) przychodzi na świat Bruno Groenkowski. Był on czwartym z siedmiorga dzieci małżeństwa Augusta i Margarethe. Była to głęboko wierząca, katolicka rodzina polsko - niemiecka. Matka była Niemką a zajmujący się murarstwem ojciec Polakiem.

Samo narodzenie owiane jest legendą i opowiada się o nim jak o cudownym zdarzeniu:

Niezwykłość tego dziecka rozpoczęła się już w samym momencie narodzin. Jego matka miała zawsze ciężkie porody, tymczasem Bruno przyszedł na świat szczególnie lekko. Krótko po porodzie matka udała się do lasu, by powiadomić o tym jego ojca, który tam przebywał.


Rodzice Bruno Gröninga

Bruno miał ciężkie dzieciństwo.W niemieckim czasopiśmie "Revue" pisano 4.9.1949 r. o dzieciństwie Bruno Gröninga:

Uczył się samotności już jako dziecko, które ledwie umiało mówić. Uciekał z domu i bawił się w sąsiedztwie ze zwierzętami, które były dla niego ważniejsze, niż jego własne rodzeństwo. Gdy umiał już lepiej chodzić, odkrył duży las, który znajduje się w pobliżu tych czynszowych kamienic. Zanurzał się w nim, jak w jakimś wielkim tajemniczym świecie. Od swojej matki nauczył się jednego: modlitwy! I tę prostą dziecięcą wiarę w Matkę Boską zabierał do lasu, który stał się jego światem. Ten mały Bruno stał się dziwakiem, jakiego nie widziano jeszcze nigdy wśród chłopców robotników na ulicy Ludolfinger. Znikał nieraz na parę dni. Nikt nie wiedział, czym się żywił. W jego domu panowała reguła, kto za późno przychodził na posiłek, ten nie dostawał nic, albo tylko to, co jeszcze pozostało. Tak więc Bruno głodował niaraz przez wiele dni. Nieraz znajomi widzieli go leżącego pod krzakiem, jak obserwował starannie liście i trawę. Przypadkowo zauważono jego osobliwy kontakt do wiewiórek i innych zwierząt. Znaleziono go też kiedyś zupełnie samego na cmentarzu. Czasem widziano, jak się tam modlił. [...] Pewnego razu zaobserwowano go, jak szedł w zadumie za kulejącym psem. Bawił się z nim. Głaskał go. [...] Biagało za nim dużo zwierząt. Jeżeli leżały chore, to wstawały i biegły za nim do lasu.


ul. Czyżewskiego 19 (Ludolfiner Weg 19) - nieistniejący dom w którym urodził się Bruno Grönkowski

Jak pisał w swoich wspomnieniach o leśnych ucieczkach:

Tu przeżywałem Boga w każdym krzaku, w każdym drzewie, w każdym zwierzęciu a nawet w kamieniach. Wszędzie mogłem stać godzinami ? pojęcie czasu nie istniało ? stać i zamyślać się i ciągle czułem się tak, jakby całe moje wewnętrzne życie sięgało w nieskończoność.

Często był łapany  przez ludzi w lesie i prowadzony do rodziców. Otrzymywał wtedy przeważnie porządne lanie i zamykano go za karę w pokoju domu przy Czyżewskiego.


ul. Zajęcza 1 (Am Hasenwinkel 1) - dom w którym również mieszkała rodzina Grönkowski

Bruno Gröning pisze w swoim życiorysie: Już wtedy, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w mojej obecności ludzie chorzy byli uwalniani od dolegliwości, dzieci i dorośli, podnieceni w czasie kłótni, po kilku moich słowach stawali się całkowicie spokojni. Jako dziecko mogłem stwierdzić, że zwierzęta, które uchodziły za szczególnie płochliwe albo złe, wobec mnie zachowywały się łagodnie i potulnie. Z tego powodu moje stosunki z domem rodzinnym były szczególne i napięte. Wkrótce dążyłem do pełnej samodzielności, chcąc wyjść z sytuacji "bycia nie rozumianym" w rodzinie.


Bruno, drugi chłopiec od lewej

Po zakończeniu nauki szkolnej trwającej tylko pięć lat Bruno zaczął uczyć się handlu, z czego rychło zrezygnował, aby podjąć naukę w zawodzie cieśli. Zmianę tę uzasadniał zdecydowanym życzeniem swojego ojca, który chciał by syn zarabiał na swoje utrzymanie rzemiosłem budowlanym. Jednak nauka u cieśli również  nie zakończył. Musiał z niej zrezygnować kwartał przed egzaminem końcowym, ponieważ zakład, w którym się uczył, zamknięto z powodu braku zleceń.

W roku 1925 Bruno jako 19-latek otworzył własną małą firmę stolarki budowanej i meblowej.

W wieku 21 lat Bruno poślubił Gertrudę. Małżonkom urodzili się dwaj synowie: w 1930 r. starszy syn Harald, w 1940 r. młodszy syn Günther. Jego żona nie rozumiała go zupełnie. Dążyła do prowadzenia typowego mieszczańskiego życia rodzinnego. A uzdrowienia dokonywane przez męża uważała za dziwaczenie. Obydwaj synowie Harald i Günter  umarli w wieku dziewięciu lat. Gertrud Gröning nie wierząc w uzdrawiającą siłę swojego męża, powierzyła swoje dzieci opiece lekarzy. Harald umiera w roku 1939 z powodu wady zastawki serca.  W roku 1949 jego młodszy syn, Günther zmarł na ropne zapalenie opłucnej.

W 1927 roku Bruno musiał zamknąć firmę. Potem nie mając stałego zatrudnienia, pracował kolejno w branży budowlanej, w przemyśle drzewnym, w fabryce lakierów, fabryce skrzyń, fabryce czekolady, w porcie i w gdańskim urzędzie pocztowym. Dopiero po przyłączeniu Gdańska do hitlerowskich Niemiec Bruno znalazł stałe zatrudnienie: pracował jako elektromonter w firmie Siemens. Dalszej nauki Gröning już nie podjął. Podobno nie przeczytał w życiu żadnej książki. Od 1939 roku mieszkał we Wrzeszczu przy Magdeburger Strasse 77.

W roku 1943 Gröninga powołano do Wehrmachtu. Z powodu odmowy strzelania do ludzi, zagrożono mu sądem wojennym. W końcu jednak wysłano go na front wschodni. W grudniu 1943 roku odłamek granatu zranił go w prawe, a w styczniu 1944 ? w lewe udo. Leczenie tych ran trwało do 1945 roku. Na początku tego roku musiał wrócić na front, a 5 marca dostał się na Pomorzu do radzieckiej niewoli. Z końcem 1945 roku  zwolniono go i jako przesiedleniec wyjechał do Haigerselbach w okręgu Dill. Później wraz z żoną wprowadził się do kwatery dla uchodźców w Dillenburgu.

W czasie swojego pobytu w Dillenburgu Gröning był postrzegany przez ludzi, którzy mieli z nim do czynienia, jako osoba obdarzona szczególną siłą uzdrawiającą. Miał uzdrowić kuzynkę swojej gospodyni. Początkowo jeszcze w wąskim, prywatnym gronie przybywali do Gröninga inwalidzi wojenni i chorzy w nadziei, że jego uzdrawiająca siła przyniesie im poprawę. 14 marca 1949 o przybycie do Herford poprosiła Gröninga rodzina Hülsmannów, która słyszała już o jego sławie jako uzdrowiciela. Bruno miał uzdrowić ich 8-letniego syna, Dietera Hülsmanna cierpiącego na zanik mięśni. Stan syna poprawił się po przybyciu Gröninga.

Gazety donosiły o "cudownym doktorze" i w  brytyjskiej strefie okupacyjnej stał się on tematem dnia.
Manfred Lütgenhorst z monachijskiej gazety "Münchner Merkur" napisał 24 czerwca 1949r. między innymi:

Gdy przybyłem do Herford o godz. 10.30 rano, przed małym piętrowym domem na Placu Wilhelma zgromadziło się około tysiąc ludzi. Był to nieopisany obraz ludzkiego nieszczęścia. Niezliczeni sparaliżowani na wózkach inwalidzkich, na noszach dźwiganych przez swych krewnych. Niewidomi, głuchoniemi, matki ze sparaliżowanymi i upośledzonymi psychicznie dziećmi, stare babcie i młodzi mężczyźni tłoczyli się jęcząc. Prawie sto samochodów osobowych, ciężarowych i omnibusów parkowało na placu - i wszystkie przybyły z daleka.


Bruno Groening na balkonie domu przy Placu Wilhelma 7 w Herford

'Czy wierzycie, że będziecie uzdrowieni?? pytałem chorych. Kiwali potakująco głowami. ?Powinien Pan tu przyjść wczoraj?, odpowiedział mi jeden z nich. ?Pan Groening był w tym czasie w Viersen w Nadrenii, a tutaj na placu podniosło się pięciu sparaliżowanych ludzi i poszło normalnie do domu. Uzdrowienie na odległość - to miejsce ich uzdrowiło!? Inni chorzy potwierdzili to.

Tak zaczęła się najpierw ogólnoniemiecka a potem międzynardowa sława Gröninga. Spotykał się  z pragnącymi uzdrowień ludźmi na wielkich spotkaniach. Na takie spotkania przyjeżdzało po kilkadziesiąt tysięcy ludzi jednorazowo.

Na tych zbiorowych spotkaniach Bruno Gröning miał zwyczaj w krótkich słowach przemawiać do obecnych, wyjaśniając im swoją prostą wiarę w Boga i wyraźnie wskazywał na swoją uzdrawiającą siłę, która nie pochodziła od niego samego, lecz od Boga.

Wkrótce władze a  przede wszystkim resort zdrowia zajął się sprawą uzdrowień. Utworzono komisję badawczą i Gröning otrzymał zakaz uzdrawiania. Bruno Gröning udał się w sierpniu 1949 r. na południe Niemiec. Chciał uciec od wrzawy wokół swojej osoby i wycofał się na prywatną posiadłość pod Rosenheim w pobliżu Monachium. Początkowo udało się utrzymać jego pobyt w tajemnicy. Jednak po pierwszych informacjach w gazetach o jego przybyciu do Bawarii, rozpoczął się prawdziwy masowy szturm.

Codziennie do Traberhof napływało do 30 000 ludzi. Prasa, radio i magazyn tygodniowy przedstawiały obszerne doniesienia. Nakręcono nawet film kinowy pod tytułem "Groening", który dokumentował zdarzenia z nim związane.


Około 30 tysięcy osób w Traberhof koło Rosenheim, w pobliżu Monachium we wrześniu 1949

Bawarskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poinformowało wówczas, że wstępne badanie działalności uzdrowicielskiej Bruno Gröninga wykazało, iż można ją uważać za działalność opierającą się na miłości, i w takich ramach nie wymaga ona pozwolenia na jej wykonywanie zgodnie z ustawą o nie będących lekarzami naturoterapeutach zajmujących się uzdrawianiem metodami niekonwencjonalnymi.

Wkrótce dla ludzi, którzy nie mogli przybyć na jego spotkania, Bruno Gröning zaczął ?zamawiać" przedmioty. Założeniem było, że uzdrawiająca siła Brunona miałaby przechodzić na przedmioty i tym samym można by ją dostarczyć osobom, które pozostały w domu. Na początku były to przedmioty przyniesione przez odwiedzających, które Bruno ?zamawiał", później sam robił słynne kulki ze staniolu. Według własnych słów Gröninga znanych z policyjnego przesłuchania kulki te składały się z folii staniolowej z opakowań po jego papierosach, która była wypełniona nośnikiem siły. Jako ów nośnik służyły Brunonowi produkty własnego ciała: ścięte włosy, skrawki paznokci rąk i nóg oraz - rzekomo najskuteczniejsza - jego nasienie.

Wobec naporu mas i szczególnej praktyce kulek nie powinno Gröninga dziwić, że już wkrótce głośna stała się krytyka jego działań. Dla części prasy niemieckiej Gröning był szarlatanem, przy czym nie można mu było jednak przypisywać chęci wzbogacenia się.

Od strony kościelnej Bruno doświadczał zarówno zachwyconego przyzwolenia jak również sceptycznego odrzucenia: tamtejszy superindentent gwałtownie bronił Gröninga; własny Kościół Brunona, katolicki, wykazywał postawę od rezerwy do odrzucenia.
W sposób najbardziej krytyczny reagował personel medyczny tamtego rejonu: tu wyrósł największy w przyszłości opór wobec Gröninga.

Gröning stale odmawiał brania pieniędzy za swoją działalność. W 1953 r. Bruno założył Związek Gröninga, który organizował mu prelekcje w różnych miastach i który prowadził do powstania pierwszych ?wspólnot" osób uzdrowionych i szukających uzdrowienia w rozumieniu dzisiejszych wspólnot Koła Przyjaciół Bruno Gröninga.

W roku 1954 Gröning został oskarżony z powodu naruszenia ustawy o naturopatach. Podstawą oskarżenia było ustawowe postanowienie, że uzdrowiciel musi zdać egzamin, zanim podejmie swoją działalność. Gröning nie uważał, aby był w stanie zdać taki egzamin. Dostał zatem zakaz działalności jako uzdrowiciel na terytorium całej Republiki Federalnej Niemiec.

Bezpośrednio po rozwodzie ze swoją żoną w 1955 r. Bruno poślubił swoją drugą żonę Josette.

W roku 1957 pomiędzy Gröningiem a kierownictwem Związku Gröninga doszło do sporów z powodu grzywny, na którą Bruno został skazany i co do której oczekiwał, że Związek Gröninga ją zapłaci. Związek nie zgodził się. Gröning rozstał się ze Związkiem, który wkrótce potem się rozwiązał. W 1958 w miejsce Związku Gröninga dla rozpowszechniania swojej nauki Bruno Gröning założył Związek Wspierania Duchowych i Naturalnych Zasad Życia w Niemczech.

W roku 1958 Gröninga oskarżono o spowodowanie śmierci dziewczyny chorej na płuca przez odsunięcie jej od terapii lekarskiej. Został skazany na grzywnę i areszt w zawieszeniu. Bruno odwołał się, postępowanie po jego śmierci w roku 1959 zostało zawieszone.


U samego Brunona na jego publicznych wystąpieniach widać było znaczne wole (on sam tłumaczył je jako ?gruczoł życia", który nabrzmiewał lub zmniejszał się proporcjonalnie do wielkości audytorium)

W listopadzie 1958 Gröning pojechał do Paryża, aby poddać się badaniom u specjalisty onkologa. Badanie wykazało, że cierpiał na raka żołądka w zaawansowanym stadium. 8 grudnia operowano go w Paryżu, jednakże o usunięciu guza nie można było myśleć z powodu jego wielkości. 22 stycznia konieczna była druga operacja, tym razem jelita grubego. Gröning umarł 26 stycznia 1959 i został pochowany w Dillenburgu. Grób Brunona jest od tamtej pory celem pielgrzymek jego zwolenników. Podobnie jak miejsce narodzin.

W swoim Związku Wspierania Duchowych i Naturalnych Zasad Życia w Niemczech Gröning pozostawił organizację, do której początkowo należały wszystkie Koła Przyjaciół. W 1979 doszło jednak do rozłamu: Koło Przyjaciół Bruno Gröninga pod kierownictwem Grete Häusler oddzieliło się od Związku i przejęło archiwum Bruno Gröninga. Grete Häusler, austriacka nauczycielka urodzona w 1922 r., została uzdrowiona przez Gröninga w roku 1950; organizowała później grupy w Austrii. Dziś jest  szefową Koła Przyjaciół. W roku 1981 od pierwotnego Związku oddzieliło się Stowarzyszenie Wspierania Zdrowia Duchowego. Do dziś  istnieją trzy organizacje zajmujące się spuścizną po Gröningu, które konkurują  ze sobą.




Opracowanie: Tomasz Strug

Wykorzystano materiały:

Koła Przyjaciół Bruno Gröninga
Dominikańskie Ośrodki Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach - badzwolny.eu

 

 

Cykliczny program TV - "Moje miasto, czyli historia Gdańskiem pisana" - odcinek o Oliwie.

"Moje miasto, czyli historia Gdańskiem pisana" to cykl programów autorstwa Pawła Paulusa Mazura i Stanisława Glińskiego produkowanych przez TVP Gdańsk w 2007 roku. Kolejne programy opowiadały o miejscach i dzielnicach Gdańska.

Przed nami fascynująca, oliwska historia z XIX wieku. O przyjaźni, tradycji i przemijaniu. Historia opisana przez urodzonego w Gdańsku pisarza Johannesa Trojana odkrywa przed nami również kolejną oliwską tajemnicę. Jest nią pochodzenie nazwy wzgórza opisywanego na przedwojennych mapach jako Vierkleverberg, czyli Wzgórze Czterolistnej Koniczyny. Nazwa ta została, prawdopodobnie po wojnie, błędnie przetłumaczona na Wzgórze Konik i tak jest do dziś oznaczona na mapach. Może warto wrócić do dawnej, pełnej romantyzmu, historycznej nazwy?

Podziękowania dla profesora Andrzeja Januszajtisa za udostępnienie tekstu.

 Wiosenna pogoda sprzyja spacerom. W mieście takim jak Gdańsk każda przechadzka pozwala odkrywać uroki natury, poznawać nieznane dzieła architektury i śledzić ich historię, nierzadko sięgającą wiele wieków wstecz. Tak jest także w Oliwie, uważanej przez wielu za najpiękniejszą dzielnicę naszego miasta.

Zapraszam na spacer wokół stawu V Młyna, zwanego przed wojną Młynem Czachowskiego. Przypomnijmy, że nad zasilającym staw Potokiem Oliwskim i jego dopływami pracowały przed rozbiorami Polski 24 młyny czy zakłady przemysłowe siłą wody. Numerowano je ?pod prąd? ? od I młyna w Jelitkowie, do XXIV w Dolinie Krzaczastego Młyna, powyżej zoo. Dodając do tego 20 takich zakładów nad Radunią, 11 nad Strzyżą i po jednym na Motławie i Siedlicy, otrzymamy w sumie 57 młynów w Gdańsku i najbliższej okolicy. Równie potężnego zaplecza przemysłowego tego rodzaju nie miało żadne miasto Rzeczypospolitej!

Młyny nad potokiem Oliwskim i Strzyżą należały do cystersów, którzy wydzierżawili je gdańszczanom. Rozwój nowoczesnego przemysłu położył kres ich działalności. Przed I wojną działało jeszcze w Oliwie i Jelitkowie 11 młynów, przed II wojną ? dziwięć. Po wojnie pracowało przez pewien czas pięć zakładów, dziś ? dwa, w tym kuźnica w Dolinie Powagi, która jest placówką muzealną i jako jedyna jest napędzana przez wody potoku.

Zabytkowych budynków młyńskich zachowało się sześć: są to dawne młyny IV (Wojnowo), VI (przy parku Opackim), IX (Wójtowski), X (przebudowany0\), XIII (kużnica wodna) i XXI (Prochowy). Wojną przetrwał także przejęty przez Polskie Zakłady Zbożowe Młyn Czachowskiego, ale 30 lat temu padł pastwą pożaru.

mlynV

 Zdjęcie przedstawiające V Młyn około 1962 roku
fot. Hieronim Furmański

 

Przetrwały staw, grobla i dwa upusty. Czy tylko? Sprawdźmy na miejscu. Spacer zaczynamy od zbiegu ul. Piastowskiej i al. Grunwaldzkiej, gdzie ostatnio powstał estetyczny budynek Hotelu Oliwskiego. Ulicę Piastowską nazywano Ceserską Ścieżką (Kaisersteg). Okolicę zaczęto zabudowywać po przeprowadzeniu w 1870 r. linii kolejowej. Przykładem ówczesnego stylu jest willa ?Tannenheim?, co należy przetłumaczyć jak ?Dom Jodeł?.

tannenheim

"Tannenheim" widziany od V Młyna 

 

 Nazwa odpowiadała funkcji: na parceli powstała szkółka iglaków. Przed 1945 r. mieścił się tu Miejski Zarząd Fundacji. W budynkach od tyłu działała wytwórnia likierów Schwiddera. Elegancja willa jest dziś siedzibą prywatnej firmy. Wiosną pokrywa trawniki niebieski kobierzec kwitnącej cybulicy syberyjskiej.

Przejdźmy nad staw. Ze stojących tutaj ławek można podziwiać uroczy widok na okolone drzewami jasne lustro wody.

 vmlyn

V Młyn 

 

Brakuje tylko malowniczego ryglowego budynku młyna po przeciwnej stronie. W wodzie odbijają się jasne ściany domu o szlachetnych proporcjach. Podchodząc bliżej, dostrzegamy szczegóły: pięknie wycięty w drewnie element dekoracyjny pod szczytem dachu, bogato zdobione drzwi wejściowe, stylowa stolarka okien. Wszystko wskazuje na to, że powstał w XIX w. i że zbudował go ktoś majętny i nie pozbawiony gustu. W księgach adresowych znajdujemy potwierdzenie: do, należał do Czachowskich. Pierwszy z nich, Józef, kupił młyn w 1859 r. Jego krewny (brat?), Jerzy, inwalida z wojny francusko ? pruskiej, przyczynił się jako sołtys (w latach 1874 ? 1885) do rozwoju Oliwy. W 1866 r. dokupił leżący po drugiej stronie dzisiejszej al. Grunwaldzkiej tzw. Młyn Kaszowy. Jeszcze później doszedł do tego IV Młyn na tzw. Wojnowie (Guentherhof ? Pomorska 98) i powstało młynarskie imperium rodziny Czachowskich, czynne do ostatniej wojny.
W 1942 r. V Młyn należał do Hansa Czachowskiego, VI ? do Williego Czachowskiego, a młyn Wojnowski był wspólna własnością obu braci, zapewne wnuków Józefa Czachowskiego.

Dom nad stawem (Grunwaldzka 533) był rezydencją Hansa. Willi mieszkał przy swoim młynie, w również zachowanym klasycystycznym dworku 520. Warto udać się na drugi brzeg stawu, by obejrzeć zachowane upusty. Spływające z nich wody po opłynięciu małej wysepki łączą się w malowniczy potok. Między drzewami szumi woda, śpiewają ptaki rozwijają się młode liście. Wiosenna świeżość cieszy oko i wszystko potwierdza aktualność starych opinii o niezwykłym uroku Oliwy.

Andrzej Januszajtis (2008) 

 

  1. Najnowsze
  2. Oceniane
  3. Komentarze

Kalendarium tekstów

« Luty 2019 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28