Wiesz o czymś co
wydarzyło się w Oliwie?
Napisz o tym!
Reklama w serwisie
StaraOliwa.pl – Oliwa i jej mieszkańcy
Sprawdź!
Reklama

Nie zdążyć na „Titanica”

Ulica Pelplińska na pograniczu dzisiejszej Żabianki i Oliwy. Nieco na uboczu, usytuowana prostopadle do torów tramwajowych na Pomorskiej. Stoi tu zaledwie kilka budynków.

Nie zdążyć na „Titanica”

Wchodzę na posesję jednego z nich. W ogródku starszy mężczyzna robi porządki. Patrzy się na mnie pytająco. Tłumaczę, że szukam lokatorów, którzy zamieszkali tutaj po wojnie.

Jest taki jeden, mieszka na parterze. Jego ojciec sprowadził się tu w latach 40.

Bingo!

Dziadek Jan Wojnar

Trześniów na Podkarpaciu, niewielka miejscowość między Krosnem a Jasłem. Leży w dolinie Wisłoka, który dzielił Galicję na Wschodnią i Zachodnią. Podróż koleją na tym odcinku trwa niecałe pół godziny.

Strażacy defilują ze sztandarem na głównej drodze. Towarzyszy im orkiestra. Trześniów, lata 30. XX wieku. fot. Trześniów24

Dopiero, co zaczyna się nowe stulecie.  Podkarpacie jest częścią cesarstwa austrowęgierskiego. Wprawdzie cesarz Franciszek Józef I wspiera rozbudowę kolei, ale na galicyjskiej wsi panuje bieda. Urodzony w  1886 Jan Wojnar ma kawałek sadu, uprawia niewielkie, trzy hektarowe  pole. Biorąc pod uwagę zaludnienie na Podkarpaciu, areał  jest całkiem wystarczający.

Żeni się. Ma rodzinę, ale nie ma domu.

Gorzej, nie miał pieniędzy. Żeby zbudować dom zapożyczył się u Żyda. Ale skąd wziąć, żeby oddać ? – opowiada jego wnuk Włodzimierz Wojnar.

Dom jest drewniany z ciosanych bali. Część mieszkalna z sienią jest połączona z  oborą, w której Wojnarowie  trzymali konia i cztery krowy. Jak na galicyjską biedę, całkiem sporo.

W 1911 w stoczni w brytyjskim Southampton zostaje zwodowany transatlantyk. Titanic jest sensacją. O jego mocy, gabarytach i imponującym wyposażeniu  pisze prasa na całym świecie. Na statku są trzy klasy, bilet na dolny pokład kosztuje 32 dolary, co jest równowartością  obecnego tysiąca trzystu dolarów. Rodzinie Wojnarów udaje się uzbierać potrzebną kwotę. Cel jest jeden – dotrzeć do Nowego Jorku, mekki polskich emigrantów. Z bochenkiem chleba, zawiniętym w kawałek płótna i schowanym w torbie przewieszonej przez ramię, Jan opuszcza Trześniów. Na progu domu stoi brzemienna Józefa z kilkumiesięczną córką Felicją na rękach. Za odchodzącym Janem robi znak krzyża. Kto wie, kiedy ponownie zobaczy męża.

RMS Titanic, brytyjski transatlantyk typu Olympic, należący do towarzystwa żeglugowego White Star Line

10 kwietnia 1912, punktualnie w południe,  na Titanicu wydano rozkaz – Cała naprzód ! Stalowy olbrzym zanim wpłynął na wody Atlantyku miał jeszcze w planie Cherbourg w Normandii i irlandzkie Queenstown. Ale Jana nie było wśród pasażerów. Kiedy wyruszył z Trześniowa była zima. Podróżował koleją, furmankami, pieszo. W Hamburgu wsiadł na statek handlowy. Być może łajba za późno wypłynęła, a być może na Morzu Północnym był sztorm. Niezależnie od okoliczności, Jan spóźnił się, a Titanic odpłynął bez niego.

Dwa dni później transatlantyk zderzył się z górą lodową i zatonął. Jednak Jana to nie odstraszyło przed podróżą przez ocean. Niedługo później dodarł do USA. Zatrzymał się w Chicago, gdzie pomogli mu krajanie z Galicji. Pracował w odlewni. Zarobił na spłatę długu i lepsze życie. Wrócił do Trześniowa w 1921. Pod jego nieobecność zmieniła się Europa, Polska odzyskała niepodległość. Syn Franciszek, który urodził się po jego wyjeździe, miał już 9 lat. Jan skutecznie nadrobił czas rozłąki. Rok później na świat przyszedł Stanisław.

– U nas zawsze się mówiło, że mój ojciec został zrobiony z dobrego amerykańskiego materiału – śmieje się wnuk Jana. Pożyczka została spłacona, gorzej było z pieniędzmi na życie. – Babcia rozpożyczyła dolary sąsiadom. Kiedy zaczęli je oddawać był krach na Wall Street. Pieniądze straciły wartość. Gdyby dziadek kupił ziemię, to byłoby inaczej, a tak poszło na marne – dodaje.

Franciszek Wojnar – starszy brat Stanisława. Zdjęcie z 1941 roku.

Od powrotu z Ameryki Jan zajmował się gospodarką. Jeszcze tylko raz wyruszył z Trześniowa. Tym razem do Gdańska na ślub Stanisława w 1948. Zmarł dwanaście lat później. Józefa przeżyła Jana o siedem lat.

Po śmierci dziadka rodzice wpadli na pomysł, aby sprowadzić babcię do Oliwy. Mieszkała z nami, przy Pelplińskiej przez dwa lata. Wtedy nikt nie przejmował się ciasnotą. Obydwoje rodzice pracowali, babcia miała się mną zajmować, ale po jakimś czasie tęsknota za  domem w Trześniowie wzięła górę – wspomina pan Włodzimierz.

Józefa zmarła w 1967. Ale u siebie, i na swoich warunkach.

Ojciec Stanisław Wojnar

Urodził się w czepku szczęścia, a tak naprawdę w nienaruszonym worku owodniowym. Rzeczywiście przyniosło mu  to fart. I to nie jeden raz. Kiedy w 1939 wybuchła wojna, Stanisław miał 17 lat. Nie mógł zaciągnąć się do wojska, bo był niepełnoletni. Ale wsiadł na rower i uciekał przed Niemcami na wschód. Spał w stogach siana i  lesie. Po niecałych trzech tygodniach, po agresji ZSRR na Polskę, zrezygnowany wrócił do Trześniowa. W okolicy było  w miarę spokojnie. Stacjonowali tu Słowacy, którzy z początkiem września anektowali granicę Polski od południa. Ale można było się dogadać. Nie było represji, no i ciągle czegoś potrzebowali. A to mleka, a to jajek, więc mieszkańcy czuli się potrzebni i w miarę bezpiecznie. Do czasu.

Trześniów na zdjęciach niemieckiego żołnierza lata 40 XX wieku – zdjęcie z grupy Trześniów 24

Po przejściu frontu latem 1944 Stanisław postanowił wstąpić do polskiego wojska. W komisji poborowej siedział znajomy ojca, kazał mu natychmiast wyjść. Znowu miał szczęście. Zwerbowani mieszkańcy Trześniowa trafili na Wał Pomorski. Żaden z nich nie wrócił do domu. Stanisława trzeba było zadekować, najlepiej w Milicji Obywatelskiej. Chłopcy z lasu uznali to za zdradę, przyszli się z nim rozprawić. Józefie udało się wybronić syna. Leśni darowali mu życie, ale zabrali broń. A bez broni nie można wrócić do służby. Kiedy sytuacja wydawała się bez wyjścia, Jan dał synowi trochę gotówki i kontakt do znajomego w Gdyni, który miał go zaokrętować na statek płynący do USA. Stanisław jechał nad morze, przez zrujnowaną Polskę, kilka dni na dachu pociągu. Znalazł znajomego ojca, a ten zaciągnął go do lokalu na Kamiennej Górze. Widok był piękny, a wódka prawie chłodna. Kiedy przepili wszystkie pieniądze, znajomy się ulotnił. Stanisław został bez pieniędzy i noclegu. Chodząc po porcie spotkał mężczyzn pochodzących z jego stron. Pracowali przy załadunku beczek z piwem. Pomogli mu. Zabrali go do Wrzeszcza, załatwili mu zatrudnienie w browarze. Na jakiś czas zamieszkał w domu przy ulicy Grażyny.

Zabudowania browaru we Wrzeszczu. fot. z Forum Dawny Gdańsk

W browarze Stanisław poznał Janinę.  Dziewczyna dorabiała przy przetaczaniu beczek, ale jej głównym źródłem utrzymania było robienie swetrów na drutach. W czasie okupacji skończyła szkołę handlową w Warszawie, biegle znała niemiecki i szybko pisała na maszynie. Narzeczeni pobrali się w kościele przy Mickiewicza we Wrzeszczu. Rodzina zastanawiała się jak to możliwe, że słynąca z urody i ciesząca się dużym powodzeniem Janina wybrała właśnie Stanisława. Jednak co fart, to fart.

Janina, żona Stanisława Wojnara w czasie wojny

Małżonkowie wprowadzili się do wielorodzinnego domu przy Pelplińskiej 6 w Oliwie w 1948. Dookoła rozciągały się łąki, choć wzdłuż Pomorskiej regularnie kursowały tramwaje. W dworku, obok młyna przy stawie, mieszkało kilka rodzin. Przy brzegu można było łowić liny, szczupaki i karpie. Kiedy staw zamarzał, mieszkańcy robili tu lodowisko.Wkrótce na świat przyszły dzieci Wojnarów. Latem 1949 urodziła się Grażyna, a wiosną 1953 Włodzimierz.

Dziadek Jan Procenko

Zanim Stanisław zakochał się w Janinie, najpierw poznał jej ojca. Jan Procenko pochodził z okolic Berdyczowa. Jego życiorys mógłby być scenariuszem filmu akcji. Był Kozakiem, walczył u boku Symona Petruli, który był przywódcą Ukraińskiej Republiki Ludowej.  Piłsudski z Petlurą połączyli siły i razem wyprawili się na Kijów w 1920. Po wygranej Jan wrócił razem z Piłsudskim do Polski. Pomimo zasług, nie mógł awansować. Był obcokrajowcem.  W końcu, w 1925 otrzymał  polskie obywatelstwo. Po przewrocie majowym  dostał  stopień wachmistrza w VII Pułku Ułanów Lubelskich.

Jan Procenko – dziecko po prawej stronie zdjęcia

Ożenił się z pochodzącą spod Siedlec, Czesławą  Hawliczkówną. Mieli troje dzieci – Janina była najstarsza, potem w kolejności urodzili się Włodzimierz i Halina. Mieszkali w trzypokojowym mieszkaniu na terenie garnizonu w Mińsku Mazowieckim.

Akt nadania polskiego obywatelstwa Janowi Procenko z 24 kwietnia 1925

Z wybuchem wojny Jan awansował na oficera, został porucznikiem. Wypadki szybko się potoczyły. Ze swoją jednostką znalazł się na wschodnich rubieżach RP.

Po napaści ZSRR wojsko polskie miało zakaz podejmowania jakichkolwiek akcji zaczepnych lub obronnych. Ale Jan doskonale wiedział z kim ma do czynienia. Nie był tak honorowy jak oficerowie, którzy zginęli w Katyniu. Przebrał się w cywilne ubrania i uciekł do rodziny, która wówczas przebywała w Mińsku Mazowieckim. Wtedy Niemcy wzięli dziadka na celownik.  Nakłaniali go, aby przyłączył się do ukraińskich nacjonalistów. Tymczasem Hitler wygrywał na wszystkich frontach – opowiada wnuk Jana, Włodzimierz.

W tym momencie dochodzi do rodzinnej sprzeczki. Siostra Włodzimierza, Grażyna Kania-Wojnar (inżynier po Politechnice Gdańskiej, chodziła do jednej klasy w Szkole Podstawowej nr 60 ze Stefanem Chwinem) pamięta inny przebieg wydarzeń. Dyskusja toczy się w gorącej atmosferze. To, co zapamiętała Grażyna przeciwko temu, o czym przeświadczony jest jej brat. I odwrotnie. Do wyboru – Jan musi zniknąć, Jan mieszka w Warszawie albo w Mińsku z rodziną. Czesława jest z dziećmi w Mińsku, potem przenosi się pod Siedlce, nie ma wieści o Janie, Jan znika przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Po wojnie ktoś przynosi list od Jana. A może ktoś zaufany przekazuje wiadomość, bo pisanie listów było wówczas niebezpieczne. W końcu podana przez oboje ta sama informacja – Jan jest w Gdańsku. I czeka na rodzinę.

Jan Procenko

Najważniejsze, że Procenkowie znowu są razem. Mieszkają w domu przy Chrobrego, niedaleko lotniska, po sąsiedzku z pięcioma rodzinami pochodzącymi z Kaszub. Od zakończenia wojny Jan pracuje w browarze we Wrzeszczu, robi tam karierę. Zaczyna jako palacz, potem zostaje głównym księgowym, w końcu awansuje na dyrektora browaru w Stargardzie Szczecińskim. Ginie w wypadku, na przejeździe kolejowym zimą 1950, w drodze do Gdańska.  Włodzimierz Wojnar twierdzi, że nie był to przypadek. Jego siostra uważa, że to teoria spiskowa.

Kiedy skończyły się zostawione przez Jana pieniądze, Czesława zatrudniła się w kuchni w liceum przy Pestalozziego, córka Procenków lepiła pierogi i sprzedawała je na dworcu kolejowym. Syn Włodzimierz, wuj mojego rozmówcy, pracował w browarze. Janina po zamążpójściu została zatrudniona w zakładach spożywczych AMADA w Letnicy. Nie tylko prowadziła sekretariat, ale również była tłumaczem.

Dom przy Fliederstraße 

Wpisy do księgi meldunkowej pierwszych mieszkańców pochodzą z 1925. Do wiosny 1945 obecna ulica Pelplińska nosiła nazwę Fliederstraße, nawiązującą do koloru rosnących tu lilaków. W otoczeniu domu było też osiem rozłożystych lip, z których zostało sześć. I jeszcze gęsto posadzone krzewy. Do końca wojny właścicielem budynku pod numerem 6 było  Stadtgemeinde Danzig Grundvermögens Amt – Miejskie Biuro Nieruchomości.  Po oswobodzeniu Gdańska przez Rosjan, zajmowanie lokali odbywało się na zasadzie, kto pierwszy ten lepszy. Często wprowadzano się do mieszkań, w których byli dotychczasowi lokatorzy. Tymczasem tutaj, wiosną 1945, w całym budynku ulokowali się sowieccy żołnierze. Pili, grali na harmonii, z nudów ostrzeliwali elewację.

Janina i Stanisław z córką Grażyną przed domem przy Pelplińskiej 6

Kiedy Wojnarowie zamieszkali przy Pelplińskiej w 1948 Rosjan już nie było. Nie został prawie nikt z poprzednich lokatorów – rodzin Engler, Garzke, Miotke, Grabner, Husen, Jedtke, Osten, Urbanski.

Wcześniej mieszkała tu również rodzina Krause. Nie pamiętam, co się z nimi działo zaraz po wojnie, ale kilka lat później z powrotem wprowadziła się Agnieszka Krause. Zajęła wolny lokal na górze. Pracowała w fabryce neonów przy Pomorskiej. Kiepsko mówiła po polsku – opowiada córka Wojnarów. – Rodzice wspominali, że kiedy za dużo wypiła to lubiła hajlować – dodaje jej brat.

Janina i Stanisław zajęli mieszkanie na parterze, pod jedynką. Stanisław dożył 96 lat. Będąc już w podeszłym wieku ciągle jeszcze odwiedzał we Wrzeszczu znajomego, który załatwił mu pracę w browarze w 1945.

Janina i Stanisław z córką w Parku Oliwskim

Janina, najczęściej fotografowana z całej rodziny, na emeryturze zajmowała się prowadzeniem domu, krawiectwem i robótkami ręcznymi. Jeszcze przed ślubem zaczęła wyszywać obrus, który teraz zamierzała skończyć. Ale nie zdążyła. Zmarła w latach 90. Stanisław w 2012.

Janina i Stanisław pod Górą Kościuszki w Oliwie. Rok 1960

Włodzimierz Wojnar wrócił na Pelplińską po śmierci Janiny. Zamieszkał razem z ojcem.

Niektórzy lokatorzy z czasów dzieciństwa i młodości Włodzimierza jeszcze tu mieszkają. W  domu obok, pod piątką są Sawkowie, Pani Ponke, Wickowie,  Szornakowie i Konieczni. W budynku naprzeciwko m.in. Langowie. Po sąsiedzku mieszkał też kajakarz Leon Paszke, wuj żeglarza Romana Paszke. Paszkowie przyjeżdżali z Gdyni do Oliwy na urodziny Leona. Tu nie obchodziło się imienin, tylko zawsze geburstag.

Kiedy Włodzimierz Wojnar ponownie zamieszkał przy Pelplińskiej, na elewacji budynku nadal były ślady po sowieckich kulach.

Wnuk Włodzimierz Wojnar

Na moim podwórku mówiło się po niemiecku. Kolegów było więcej, więc to ja musiałem się nauczyć. Inaczej byśmy się nie dogadali, a chcieliśmy razem się bawić  – w wojnę, Indian, i w komboi. Tak mówiłem dopóki nie zacząłem oglądać „Bonanzy”.  Jeszcze przez długi czas matki  moich kolegów, wołały ich na obiad po niemiecku. Albo po kaszubsku. Bo tu każdy miał jakieś korzenie – opowiada Włodzimierz Wojnar.

Najpierw była Szkoła Podstawowa nr 60, pierwsza gdańska tysiąclatka. Kiedy Włodzimierz zaczynał edukację w szkole miało miejsce ważne wydarzenie. Trzeba było nadać jej imię, najlepiej kogoś prominentnego, kogoś z kręgów władzy. Przewodniczący komitetu rodzicielskiego, Robert Stankiewicz, zaproponował działacza komunistycznego Marcelego Nowotkę. Jego imieniem do lat 90. był nazwany przystanek SKM – dzisiejsze Wzgórze św. Maksymiliana w Gdyni. W uroczystości wzięła udział wdowa po komuniście. Całość została obfotografowana, zdjęcia  można obejrzeć w szkolnej kronice. Włodzimierz chodził wówczas do pierwszej klasy, Grażyna do piątej.

Pierwsza Komunia Grażyny Wojnar

Z czasów szkolnych zostali koledzy i wspomnienia. Pan Włodzimierz pamięta tragedię, jaka wydarzyła się na stawie koło młyna, przy Pomorskiej. Znaleziono wówczas w wodzie zwłoki wnuka kierownika młyna, z którym Włodzimierz był w szkole, w równoległych klasach.

W latach 50-60. na Pomorskiej, wzdłuż potoku i nad stawem było niebezpiecznie. Zakrzewski, Leśniak, Długi, kilka lat starsi ode mnie, byli z Jelitkowa. Połączyli się z łobuzami z ulicy Tysiąclecia, gdzie mieszkali m. in. przesiedleńcy zza Buga. Szczególnie upodobali sobie odcinek ze szkoły do młyna. Łapali młodych ludzi, jak nie mieli pieniędzy, dostawali po ryju. Tak było aż do lat 70.

Włodzimierz Wojnar uczył się w Condradinum we Wrzeszczu. Kiedy nie dostał się do Szkoły Morskiej, ojciec za łapówkę wyreklamował go z wojska. Zaczął pracę na K1 w Stoczni Gdańskiej im. W. Lenina. Za drugim podejściem też się nie udało, więc trafił do wojska. Po służbie wojskowej wrócił do pracy. Brał udział w strajkach sierpniowych, był na stoczni 13 grudnia 1981.  W międzyczasie przez kilka semestrów studiował na Politechnice Gdańskiej. Założył rodzinę. Zmienił pracę. Ma dwoje dzieci. Rozwiódł się, jest  w drugim związku z Teresą, która nie była związana z Gdańskiem – pochodzi z Mazowsza.

Zegarek Jana Procenko

Opowieści o dziadkach, babciach i tym, co wydarzyło się na przestrzeni ponad stu lat słucham przy stole, na którym leżą dziesiątki biało-czarnych zdjęć. Rodzeństwo Włodzimierz i Grażyna ostudziło już swoje emocje, wymieniają się zdjęciami i informacjami na temat tego, kogo one przedstawiają. Pomiędzy fotografiami leży kieszonkowy zegarek dziadka Jana Procenko.

Po kilku spotkaniach czas na puentę. Włodzimierz Wojnar nawiązuje do początku tej opowieści.

Całe szczęście, że dziadek spóźnił się na Titanica, bo dzięki temu możemy teraz rozmawiać.

Grażyna Stankiewicz

Grudzień 2025

Wykorzystano: księgi meldunkowe za www.dawnaoliwa.pl

Zdjęcia – zbiory Grażyny Kani-Wojnar i Włodzimierza Wojnara


Opublikowano

Reklama

Podobne artykuły