Pamiętam te stare szkolne ławki z otworem na kałamarz i pomalowane na kolor zielony. Pisało się ȯwcześnie przy pomocy piȯr ze stalówkami oraz używano granatowego atramentu. Trzeba było mieć już w ręku jako taką sprawność aby podczas pisania literek nie „rozłaziły się“ one podczas naciskania na pióro ze stalówką.
Później pojawiły się w miejsce stalȯwek końcówki do tych nasadek ze szkła, mające spiralne żłobki. Te żłobki sprawiały, że atrament nie spływał swobodnie z tej szklanej końcówki na kartkę papieru. W tych początkowych szkolnych latach trenowaliśmy kaligraficzne pisanie. Zawsze mieliśmy podczas tego żmudnego pisania palce ubrudzone atramentem. Pojawienie się następnego udoskonalenia technicznego w postaci długopisȯw było często zwalczane przez nauczycieli, gdyż uważali oni, że tą techniką pisania pogarszaliśmy sobie charakter pisma. Natomiast pióro tzw. wieczne w tamtych czasach było luksusem przeznaczonym tylko dla dorosłych.
Siedziałem w jednym z końca rzędȯw ławek razem ze Staśkiem Pupaczem. Był on wȯwczas takim cichym i wstydliwym uczniem, tak zwana poczciwina z ulicy Kwietnej z biednej rolniczej rodziny.
Był już wrzesień i idąc rano na lekcje do szkoły podstawowej nr 23 zjadłem parę dorodnych śliwek z ogrodu sąsiada Koralewskiego, mieszkańca z ulicy Spacerowej. Ogród ten był u zbiegu ulic Spacerowej i Kościerskiej i była to pozostałość po przedwojennym hotelu Waldhäuschen (Leśny Domek).
Według naocznego świadka zdarzenia mieszkanki z domu przy ul. Kościerskiej 1 Annemarie Hartrampf hotel ten był spalony w roku 1942 przez pijanych żołnierzy włoskich z tzw. batalionu zadymiania, którzy w tym hotelu zamieszkali.

Wracając jednak do wątku tej opowieści – i tak zaczęła się lekcja a mnie napełniła się jakaś sytość po tych smacznych śliwkach. Myślę sobie drobnostka. Lecz „wiatry” w brzuchu się wzmagały. Myśle sobie puszczę tego cichacza z lampy Aladyna, gdyż to jakaś zdrowotna drobnostka. Wszyscy w klasie byli zajęci pisaniem jakiegoś zadania. No i jak sobie wymyśliłem rozwiązanie tak dałem zielone światlo temu Aladynowi.
Aż tu nagle dla mego przerażenia i pozostałych uczestnikȯw klasowej ciszy rozległ się huk armatni. Gdy zrozumieli, że nie był to jakiś zamach, nagle rozległ się gromki śmiech i wszyscy obrócili się w stronę naszej szkolnej ławki.
Ja nie straciłem zimnej głowy i śmiejąc się do rozpuku z ciżbą klasową pokazywałem palcem na rzekomego sprawcę w osobie ławkowego kolegi tzn. Staśka. A ten zaczerwienił się ze wstydu od ucha do ucha i nie starał się w ogóle tłumaczyć tej niezręcznej sytuacji. I tak pozostało, że klasowym saperem został on.
Do dziś nie mogę siebie wytłumaczyć, że z takiej haniebnej sytuacji wyszedłem zręcznie i z zimną głową lecz z osobistym „dyshonorem”. Była to wielka lekcja na całe życie – nie zrywaj śliwek z obcego, pardon poniemieckiego ogrodu. Cudzym nigdy się nie najesz.
Ponadto ten mój przykład przejęły osoby politycznej sceny w Polsce i zręcznie wyjaśniają, że nie była to ich ręka jak coś ukradli.
Całe szczęście dla mnie, że nie podają autora tego fortelu t.j. moją osobę.
Bogdan Gołuński
Hamburg
Kronika Szkoły Podstawowej SP 23 dostępna jest pod linkiem www.dzieciswiata.50webs.com skąd pochodzi zdjęcie tytułowe (1966 klasa 1a)





