Wiesz o czymś co
wydarzyło się w Oliwie?
Napisz o tym!
Reklama w serwisie
StaraOliwa.pl – Oliwa i jej mieszkańcy
Sprawdź!
Reklama

Opowieści lasku oliwskiego – wypadki chodzą parami

Zdawałoby się, że stwierdzenie, że wypadki chodzą parami, należy zaliczyć do przesądów ludowych. Lecz w przypadku naszej rodziny sprawdziło się w stu procentach.

Opowieści lasku oliwskiego – wypadki chodzą parami

Wpierw moja mama Jadwiga uległa wypadkowi podczas pracy w Centrum Budowy Konstrukcji Okrętowych (CBKO) w Gdańsku. Były to czasy w roku 1968 rozprowadzania przez opozycję w Trójmieście ulotek z myślami Mao Tse-Tunga.

Służba Bezpieczeństwa w Gdańsku twierdziła, że ulotki pisane były na maszynach do pisania będących na wyposażeniu zakładów pracy.

Wydano tajne polecenie, aby we wszystkich zakładach pracy w Trójmieście po zakończeniu pracy wszystkie maszyny do pisania były zamykane na klucz w szafach. W pracy mojej mamy były duże i ciężkie DDR-owskie maszyny do pisania protokołów i kosztorysów formatu A3, z długim wałkiem.

I tak po zakończeniu pracy mama musiała własnoręcznie wstawiać taką maszynę do pisania na pierwszą dostępną pȯłkę w szafie biurowej.

I właśnie od przenoszenia ciężkiej maszyny moja mama doznała uszkodzenia kregosłupa tzw. dyskopatii. Próbowano w sposób bezoperacyjny usunąć uszkodzenie lecz na nic to się zdało. Mama leżała w domu i krzyczała z bólu. Konsultacje i operację przeprowadził znany w Gdańsku neurochirurg doc. dr. Chmielewski (Jan Maciej Chmielewski 1915 – 1991przyp. red). Był on jednym z najleprzych specjalistów w tej dziedzinie. Każdorazowe konsultacje medyczne kosztowały u specjalisty neurochirurga 500 zł. Niestety po operacji mama nie nadawała się już do pracy zawodowej. Komisja z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) zakwalifikowała ją do renty grupy I.

Nie minęły dwa lata od wypadku i ciężkiej choroby mojej mamy a taki sam przypadek zdarzył się mojemu tacie Edmundowi.

W 1970 był on inspektrem kontroli jakości i nadzoru w Elektrociepłowni Gdańsk przy ul. Wiślnej 6. Firma ta była wówczas filią warszawskiego przedsiębiorstwa. Do zadań taty należało między innymi jakościowe potwierdzenie wchodzącego materiału na magazyn a podlegającego Dozorowi Technicznemu (DT).

W tym czasie elektrociepłownia w Gdańsku była w budowie. Jesienią 1970 przyjechał transport wielkogabarytowych rur ciepłowniczych. Zgodnie z procedurą DT należało sprawdzić, czy miały one jakość zgodną z dostarczonym certyfikatem. W tym celu tato musiał na placu składowym przeprowadzić ich inspekcję.

W pewnej chwili poślizgnęła się jemu noga na mokrej powierzchni rury i upadł na plecy. Poczuł nagle bȯl w okolicy kręgosłupa. Już się nie podniósł i zabrało go pogotowie ratunkowe do szpitala w Gdańsku. Otrzymał serię zastrzyków znieczulających, lecz bóle nie ustawały.

Po dokładnej diagnozie i rentgenie okazało się, że jest to taki sam przypadek jaki miała mama – dyskopatia.

Wszelkie próby nastawiania kręgów i masaże nie postawiły już go na nogi. Jesień 1970 była dla nas straszną męczarnią. Chcieliśmy za wszelką cenę uniknąć skomplikowanej operacji. Niestety doc. dr Chmielewski stwierdził, że bez operacji się nie obejdzie. Przeprowadzono ją na początku grudnia 1970 w szpitalu w Gdańsku.

W tym czasie nagle wybuchają pamiętne „wypadki grudniowe“. Na salę gdzie leżał tato po operacji  przywożeni byli poszkodowani i ofiary z demonstracji ulicznych ze Śródmieścia Gdańska. Najczęstsze były rany postrzałowe. Jednak w historii choroby wywieszonej przy łóżku szpitalnym ofiar z polecenia Służby Bezpieczeństwa znajdowały się zupełnie inne zapisy medyczne. W sposób masowy i pod presją pilnujących funkcjonariuszy SB fałszowano obraz doznanych obrażeń. I tak rany postrzałowe zamieniano na rany cięte wynikłe w czasie ulicznych bójek.

Oddział szpitalny, na którym leżał tato był pod ścisłą kontrolą SB. Jednak poszkodowani leżący na szpitalnych łóżkach otwarcie opowiadali o przyczynach doznanych ran.

Choroba i rekonwalescencja moich rodziców była dla nas dużym cierpieniem i wyzwaniem finansowym. Nagła utrata w ciągu dwóch lat stałych zarobków stała się finansowym utrapieniem. Wypłacane tzw. chorobowe było tylko częścią dotychczasowych zarobków. I tak po 3 semestrze studiów dziennych na Wydziale Mechanicznym Technologicznym (MT) Politechniki Gdańskiej (PG) zmuszony byłem przejść na ten sam semestr w systemie studiów wieczorowych. Moje podanie o studenckie stypendium dziekan wydziału (MT) doc. dr Dowda odrzucił twierdząc, że i tak mam dobre finansowe warunki w domu z uwagi na zasiłki chorobowe mych rodzicȯw.

Gdy po paru miesiącach, juź jako student tzw. „wieczorówki“, spotkałem na Politechnice fizyka doc. dr. Bronisława Jachyma, to opowiedziałem jemu o odmowie dziekana oraz o mojej trudnej sytuacji finansowej. W tym czasie Jachym był znaczącą politycznie osobą na PG, piastawował stanowisko I Sekretarza PZPR na uczelni. Nie minęło kilka dni i przestawił on moją sprawę rektorowi.  Doprowadziło to do odwołania dziekana. Oficjalnie podano, że przeciągnął on terminy egzaminów, lecz jego odwołanie nie było ani moją osobistą winą ani zamiarem.

Rozpocząłem pracę w oliwskiej Wytwórni Łożysk Ślizgowych „Bimet“. Na wieść o tym, że odszedłem ze studiów dziennych, nasz sąsiad zamieszkały w Oliwie w tym samym domu, składa informacje do Wojskowej Komisji Poborowej aby mnie powołać do słuźby zasadniczej. Jego córka urządziła w domu imprezę i wraz z córką czerwonej sekretarz PZPR w Gdańsku-Oliwie wykrzykiwały pod moim adresem, że takiego nieuka wyrzucono ze studiów.

Studia w systemie wieczorowym na wydziale Mechanicznym Technologicznym Politechniki Gdańskiej ukończyłem w terminie, w czerwcu 1975. Według świadectwa ukończenia studiów i opinii władz uczelni studia ukończyłem z wynikiem bardzo dobrym.

Bogdan Gołuński / Hamburg

Reklama

Podobne artykuły