Z końcem września działalność kończy sklep obuwniczy Danuty Grzegowskiej – miejsce, które przez niemal cztery dekady było stałym elementem lokalnego pejzażu, a dla kilku pokoleń Oliwianek synonimem wygody, cierpliwości i serdecznej rozmowy.
To nie jest jednak tylko historia o zamknięciu kolejnego małego biznesu. To opowieść o kobiecie, która w handlu spędziła blisko pół wieku, stając się żywym świadkiem przemian Oliwy: od czasów PRL-owskiego saturatora, przez wolnorynkowy entuzjazm roku 1989, aż po dzisiejszą erę galerii handlowych.
Dwa powody, jedna decyzja
O powodach rozstania z lokalem pani Danuta Grzegowska opowiedziała nam w rozmowie dostępnej już na kanale Stara Oliwa na youtube. Decyzja nie była nagła, choć okoliczności nieco ją przyspieszyły.
Z jednej strony odezwała się proza życia: pani Danuta po prostu chce odpocząć i przejść na zasłużoną emeryturę. Z drugiej – bezwzględny okazał się stan techniczny leciwego, przedwojennego budynku. Płaski, niszczejący dach zaczął przeciekać, a sufit sklepu był wielokrotnie zalewany. Ostatecznie najemczyni otrzymała nakaz opróżnienia lokalu do końca września.
– Może zostałabym jeszcze ze dwa, trzy lata, ale warunki zrobiły się zbyt trudne. Złożyło się tak, że i ja chciałam już odpocząć i ten dach wyszedł. Przyjmuję to ze spokojem – przyznaje z uśmiechem właścicielka sklepu.
Od saturatora pod katedrą po Klub „Ruchu”
Choć sam sklep obuwniczy działa od 37 lat, obecność pani Danuty w Oliwie sięga roku 1978. Wtedy jako 25-latka podjęła odważną decyzję o porzuceniu bezpiecznej posady kontystki magazynowej w Gdańskich Zakładach Elektronicznych „Unimor” przy ul. Toruńskiej. Powód? Wolność i pieniądze.
Za radą znajomych stanęła na skraju Parku Oliwskiego, nieopodal katedry, za klasycznym saturatorem z wodą gazowaną – zwaną wówczas „gruźliczanką”. W dobie niekończących się wycieczek autokarowych interes okazał się strzałem w dziesiątkę. Płukane w strumieniu zimnej wody szklanki szły w ruch bez przerwy. Rekordowe, upalne dni przynosiły utarg równy miesięcznej pensji w fabryce, a zarobione pieniądze pozwoliły pani Danucie np. całkowicie umeblować mieszkanie.
Po trzech latach plenerowego handlu przeniosła się pod dach – dosłownie za ścianę dzisiejszego sklepu obuwniczego. Przez sześć lat prowadziła Klub „Ruchu”, ówczesny mikro-Empik, w którym zdobyć można było deficytowe płyty gramofonowe, kasety, reprodukcje obrazów czy kartki świąteczne, po które w grudniu ustawiały się tasiemcowe kolejki. Później, przez kolejne trzy sezony, z drewnianego kiosku przy parkingu na Placu Inwalidów sprzedawała turystom pamiątki, biżuterię i kultowe resoraki.
Pierwsza fala wolnego rynku: wrzesień 1989
Przełom nadszedł wraz z upadkiem komunizmu. 1 września 1989 roku – zaledwie kilka miesięcy po czerwcowych wyborach – pani Danuta otworzyła własny sklep z butami. Lokal powstał w zaadaptowanej suterenie i dawnej graciarni, odstąpionej przez lokatorów kamienicy. Na przeciwko stała przyczepa Niewiadów, z której sprzedawano zapiekanki.
Początki polskiego kapitalizmu pani Danuta wspomina jako czas niezwykłej dynamiki. Oliwa tętniła życiem, a środowe i sobotnie targowiska przy ul. Obrońców Westerplatte ściągały tłumy, które rozlewały się po całej okolicy. W tamtym krajobrazie prywatny sklep obuwniczy nie był anachronizmem, lecz normalnością. Wielkie hipermarkety dopiero miały nadejść a słowo galeria kojarzyło się wyłącznie ze sprzedażą sztuki i obrazów.
Z biegiem lat, gdy rynek zalały sieciówki, a handel przeniósł się do wielkich galerii i internetu, pani Danuta znalazła swoją niszę, której wielkie korporacje nigdy nie potrafiły wypełnić: obuwie zdrowotne, miękkie, projektowane z myślą o stopach z problemami i haluksami. Do Oliwy przyjeżdżały po nie kobiety z całego Trójmiasta – z Wrzeszcza, Sopotu, a nawet Gdyni. Wiedziały, że dostaną tu nie tylko solidny produkt, ale przede wszystkim cierpliwość i fachową pomoc.
Smutek klientek, wdzięczność właścicielki
Wiadomość o likwidacji sklepu wywołała wśród stałych bywalczyń ogromne poruszenie. Wiele z nich przychodzi w tych ostatnich dniach nie po zakupy, lecz po to, by uścisnąć dłoń właścicielki i podziękować za lata troski.
– Klientki są zrozpaczone, pytają, gdzie teraz kupią normalnego, wygodnego buta do chodzenia. Bardzo mi ich żal, ale ten moment musiał kiedyś nadejść – mówi pani Danuta.
Zapytana o to, jak przez te niemal pięćdziesiąt lat zmieniła się dzielnica, odpowiada z nutą nostalgii, że dawniej ludzie byli sobie bliżsi, częściej ze sobą rozmawiali, a ulice tętniły autentycznym, sąsiedzkim życiem. Dziś Oliwa jest cichsza, a drobny handel niemal z niej wyparował.
– Bardzo chciałam paniom wszystkim podziękować za tą taką fajną współpracę w sumie, bo to współpraca była nasza taka wspólna: one były zadowolone i ja też, u mnie kupowały. Także dziękuję jeszcze raz – mówi Danuta Grzegowska.
Pani Danuta nie planuje już żadnych nowych przedsięwzięć. Zamyka drzwi lokalu z poczuciem spełnienia, zostawiając po sobie pamięć miejsca, które przez blisko cztery dekady było czymś znacznie więcej niż tylko punktem na handlowej mapie Gdańska – było kawałkiem prawdziwej, ciepłej Oliwy.
Dziekujemy!
Tomasz Strug






