Reklama

Opowieści lasku oliwskiego – rzewna harmoszka

Mój tato Edmund, z ramienia komitetu społecznego Starej Oliwy opiekował się społecznie mieszkańcami – zwłaszcza tymi co byli w potrzebie. Uważał, że nie po to mieszkańcy Starej Oliwy wybrali Jego na to społeczne stanowisko podczas wolnych wyborów mieszkańców, aby o nich miał potem zapomnieć.

Nieznana grupa ludzi w Parku Oliwskim - 1958 rok. źródło: aukcja
Udostępnij facebook twitter Whatsapp Drukuj Wyślij emailem

Było to stanowisko nie oparte na żadnym budżecie ani nie było opłacane. Mieszkanie nasze często zamieniało się w biuro, w którym mieszkańcy Oliwy zgłaszali swoje rȯżnego rodzaju problemy. Potrzeby ich najczęściej nie były załatwiane przez władze komunistyczne lub administracyjne, gdyż dzieliły one mieszkańców Starej Oliwy na lepszych i gorszych obywateli PRL. W końcowych latach 50-tych XX wieku pamiętam jeszcze akcje żywnościowe organizacji międzynarodowej UNRR-y (The United Nations Relief and Rehabilitation Administration). Była to najczęściej pomoc żywnościowa dla najbardziej biednego odłamu społeczeństwa powojennego będące ofiarami II Wojny Światowej.

Najczęściej sygnały o potrzebie takiej pomocy szły oddolnie, tzn. od komitetu społecznego. W Oliwie było bardzo dużo ludzi biednych, tych napływowych, z centralnej Polski oraz autochtonów. Ludzie nie dzielili wówczas sąsiadów według ich pochodzenia. W końcu lat 50-tych bardzo dużo sąsiadów wyjeżdżało do Republiki Federalnej Niemiec na bazie tzw. łączenia rodzin. Od jednej wdowy, mieszkającej przy ulicy Świerkowej w domu należącym do oliwskiego Państwowego Nadleśnictwa,  otrzymywałem znaczki pocztowe odklejane z kopert jej korespondencji otrzymywanej z RFN.

Najbardziej zapadło mi w pamięć pożegnanie całej rodziny, ktȯra mieszkała od lat w domu stojącym przy krzyżówce ulic Polanki i I Armii Polskiej (dzisiaj Stary Rynek Oliwski nr 1). Jak dobrze pamiętam było to mieszkanie na pierwszym piętrze.

Ul. Armii Polskiej. Od lewej numery 1, 2, 3, 4, 5 i 6. Lata 1945-1950.

Ponieważ mój tato czynnie pomagał im w wyjeździe, zwłaszcza w sprawach urzędniczych, to zaprosili go na pożegnalny wieczór. No i oczywiście musiałem ja też tam być – był to chyba rok 1958.

Wyjeżdżający Oliwiacy zaprosili też kilku sąsiadów, tak że przy stole było trochę tłoczno. Przygotowano potrawy, ktȯre jakoś dziwnie odbiegały od naszej domowej tradycji. No i pogaduszki były dla mnie jakoś niezrozumiałe.

Tato mi powiedział, że to autochtoni i gaworzą po kaszubsku. Ale do dziś utkwiło mi w pamięci często wymawiane a także śpiewane w piosenkach słowo hajmat (po niemiecku Heimat = Ojczyzna). Tato wytłumaczył mi, że mówią oni i śpiewają o Starej Oliwie jako hajmacie.

Potem ktoś zorganizował harmoszkę i zaczęli bardzo rzewnie grać i śpiewać jakieś nieznane mi piosenki. Co chwilę wyławiałem ze śpiewu słowo hajmat.

Ach jak oni rzewnie grali i śpiewali. Ja schowałem się pod stół i rzewnie płakałem.

Dziś po latach na obczyźnie wiem co znaczy hajmat – znaczy dla mnie Starą Oliwę. Często byłem pytany tu na Zachodzie co znaczy dla mnie Ojczyzna. Najczęściej spodziewali się odpowiedzi, że Ojczyzna to kraj, z którego pochodziłem i wyjechałem. Podczas pierwszego tego typu pytania głęboko zadumałem się i myślami wrȯciłem do lat dziecięcych.

Odpowiedziałem po chwili, że hajmat to takie miejsce, gdzie patrzało się oczami dziecka na otaczający świat. Tym światem była i pozostała dla mnie Stara Oliwa.

Bogdan Gołuński

Hamburg

Ostatnia edycja: 27 stycznia, 2024 o 15:47