Reklama

Sen o zimie

Krótkie spojrzenie o świcie przez okno. Widać świeży, dziesięciocentymetrowy śnieg. No i mamy niedzielę. Cały, wolny dzień! Teraz wszystko dzieje się w mgnieniu oka! Narty nasmarowane już wczoraj wieczorem. Świat stał się wspaniały! Wszędzie mocno zaśnieżone domy i drzewa. I do tego pierwsze połyskujące promienie porannego słońca.

Wzgórza oliwskie nad Doliną Czystej Wody | fot. Tomasz Strug
Udostępnij facebook twitter Whatsapp Drukuj Wyślij emailem

Krótkie spojrzenie o świcie przez okno. Widać świeży, dziesięciocentymetrowy śnieg. No i mamy niedzielę. Cały, wolny dzień! Teraz wszystko dzieje się w mgnieniu oka! Narty nasmarowane już wczoraj wieczorem. Świat stał się wspaniały! Wszędzie mocno zaśnieżone domy i drzewa. I do tego pierwsze połyskujące promienie porannego słońca.

Narty już zapięte i prawie szusem pędzę w dół ulicy w stronę Targu Siennego. Przy Bramie Wyżynnej stoi już cała grupka innych zapalonych narciarzy. W oczekiwaniu na tramwaj do Oliwy rozgrzewamy się tupaniem i wymachiwaniem rękami. Od czasu do czasu, gdy znajomi się pozdrawiają, słychać zmarznięty okrzyk „niech żyją narty!”. Mimo że wymarźliśmy, to nastroje i tak są wspaniałe. Ciepło zrobi się nam dopiero gdy narty zaczną ślizgać się po śniegu.

Nareszcie nadjeżdża dwójka. „Narciarze do szeregu!” „Uważajcie, bo motorniczy nie jest dziś miły”. „Człowieku, z tyłu jest już pełno!” Idziemy więc na przód, żeby motorniczy przestał się trząść ze strachu o szyby swojego pięknego, modnego tramwaju dumy wszystkich gdańszczan.

W tramwaju jest coraz ciaśniej, wiązania nart uwierają w plecy. Przy głębszym wdechu w ciało wbija się kijek. Kohlenmarkt (Targ Węglowy), dworzec kolejowy, Olivaer Tor (Brama Oliwska), Markt Langfuhr (Rynek we Wrzeszczu – teren przed dzisiejszym Manhattanem) na każdym przystanku czeka nowy tłum. Każdy chce jak najszybciej dotrzeć do lasu. Większość jedzie do Friedensschluss (przystanek Abrahama), inni do Oliwy. „Abrahama!” – Nareszcie nam się udało! Narty zapięte, no to w drogę. Co wprawniejsi koledzy odbijają od grupy a początkujący robią pierwsze, ostrożne kroki. Nie trwa to długo, do czasu aż zostaje wyślizgany tor, który nazywamy „wanną”. Każdy tor przynosi nową grupę ludzi. W lesie wszyscy szybko się spotykają. Na oślej łączce słychać zmieszane upadki, śmiechy i przekleństwa. I wnet przejmuje mnie las swoją ciszą, swoimi mocno zaśnieżonymi drzewami i ścieżkami. Wszystko, całą codzienność pozostawiam za sobą. Towarzyszą mi tylko moje narty. Jest nieskończenie wiele dróg, leśnych ścieżek i celów, które można łatwo osiągnąć. Dla każdego się coś znajdzie: dla wygodnych Dolina Radości lub Krzaczasty Młyn (teren dzisiejszego Zoo). Kto chce szusuje dalej, aż do Sopotu lub Wielkiej Gwiazdy. ZOOd

Pensjonat Krzaczasty Młyn około 1930 roku ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

Ci którzy jadą bezpośrednio do Oliwy, idą dalej koło starej Kuźni Wodnej (czy ona jeszcze dzisiaj stuka?), Domu Szwajcarskiego (dziś hotel „Dwór Oliwski”) aż do Doliny Radości. W niedziele między godziną 10 a 13 znalezienie tam miejsca graniczy z cudem. Wszyscy narciarze spotykają się tu na przerwie przed obiadowej. Przed budynkiem stoją zgodnie oparte o ścianę narty jedna para obok drugiej. „Norweg” obok lepszego wydania „desek od skrzyni”.

Z Doliny Radości organizowany jest również często bieg długodystansowy dla starszych i młodszych. Po wejściu pod górę i zjechaniu, spotyka nas tu nagroda podana nam hojnie szklanka słodkiej herbaty. Przy świetle księżyca nawiedzeni i zapaleni narciarze organizują tu nawet w mroźne noce biegi przez zaśnieżony las.

Tor saneczkowy w pobliżu ul. Słonecznej – około 1925 roku ze zbiorów Mirosława Piskorskiego

Jeszcze piękna jazda powrotna z paroma miłymi szusami aż do Abrahama i tramwaj zawozi mnie z powrotem do domu. Zmęczony błogo zanurzam się pod kołdrę. Jednak ledwo co zamknąłem oczy a znów słyszę przeraźliwy dźwięk budzika. To nie może być znowu ranek!

Zaspany podchodzę chwiejnym krokiem do okna. Deszcz stuka w szyby, łyse gałęzie wyciągają do mnie swoje ręce. No tak, teraz już wiem. Jestem rozbudzony. Moja piękna zimowa niedziela była tylko snem. Wspomnienie pięknych, niezapomnianych czasów i domu rodzinnego.

Zmęczony zaczynam się ubierać. Powoli schodzę po schodach. Stojąc przed drzwiami wejściowymi przechodzi mnie dreszcz, podnoszę kołnierz płaszcza i rozkładam parasol. Tam były narty ? moi dobrzy i zaufani towarzysze zimy w miejscu rodzinnym, tu trzymam ten bezosobowy parasol! A mimo wszystko sen i wspomnienie pozostają, pomagając wiele przezwyciężać. Heinz Vanselow Tłumaczenie: Stella Wawrzyniak / Tomasz Strug Wspomnienia z oliwskiej części Forum Danzig Gdańsk. Tytuł oryginalny: „Traum vom Danziger Winter” Von Heinz Vanselow Aus „Unser Danzig” Nr. 03 vom 01.02.1957, Seite 18

Zjazd na sankach z Pachołka – początek 2010 roku